Działo się to w wyborczy poranek niedzielny Roku Pańskiego 2007. Jako że nie zasłonił żaluzji, już pierwsze promienie słońca igrały mu skocznie na nosie, skutkiem czego wybudził się z coraz bardziej płytkiego snu. Wstał… i wsłuchał się w tę ciszę – mroźną wydawało się – za oknem, wsłuchał się w nią uważnie, bo dawno takiej ciszy nie zaznał w swoim mieszkaniu. Żywot człowieka poczciwego nad główną arterią Żoliborza, nieopodal placu Wilsona, niesie ze sobą pewne profity: do metra ma się jedynie pięć minut, do innych połączeń na wszelkie strony Warszawy takoż, ale łączy się z tym żywotem bezustanny jazgot, warkot aut wszelakich, przez całą dobę prawie. A tu nawet jak na niedzielę – cisza niespotykana, cisza jak makiem zasiał. Nie wiedział czemu to przypisać… Ze strachem pomyślał przez chwilę, co też będzie się działo pod jego oknem, gdy Waltz-Gronkiewicz most Krasińskiego nieopodal wybuduje. Nie dane mu będzie zapewne wtedy zaznać, nawet w święty czas niedzielny, tak pysznego, tak głębokiego, tak powszechnie okalającego pokoju. Uświadomił sobie też, że teraz właśnie ma szansę, jak rzadko, jak nigdy, wyjść i poszukać miejsca, kiedy ta cisza przemieni się w Ciszę (przez duże „C” właśnie). A zatem po krótkiej toalecie, śniadaniu delikatnym, zaczął się zbierać do wyjścia. Dziwne, ale dopiero teraz, narzucając na siebie kremowy prochowiec (podpięty milusińskim polarem), poczuł tak intensywnie jego nęcący zapach nowości, miło drażniący nozdrza. „Hm… niby nic wielkiego, a jednak cieszy” – pomyślał, zerkając jeszcze raz na ten swój kremowy prochowiec.
Intuicja go nie zawiodła, mroźny powiew powietrza ogarnął go zaraz po wyjściu z klatki, rozbudzając do końca. Na dodatek to bursztynowe, zimne słońce wszystko co najlepsze, a tak głęboko zagrzebane w sercu, zdawało się powoli wydobywać z człowieka…. Taaaak …niezaprzeczalnie, w tym mroźnym, jaśniejącym powietrzu wyczuł… nadzieję. A wrażenie to pogłębiał czas spaceru, swoisty czas przełomu, który dlań datuje się w przybliżeniu od sobotniego wieczoru do niedzielnego popołudnia; czas, kiedy z miejskiego pielgrzyma spływa fala tygodnia przeszłego, a fala tygodnia przyszłego jeszcze na dobre nie nadchodzi…nie objawia treści zdarzeń mających się ziścić. W tym to czasie odzyskuje się delikatną, choć może naiwną wiarę, że nawet najgorsze wypadki tygodnia ostatniego, znajdą w tygodniu następnym swoje szczęśliwe zakończenie, że to co nowe, co nadejdzie będzie lepsze, głębsze, pełniejsze, radośniejsze…
Radosnych myśli nie zmącił mu nawet widok przezeń mijanej tablicy, ku czci powstańców warszawskich, którzy nieszczęśliwy falstart przed godziną „W” popełnili, ścierając się w śmiertelnej potyczce, bodajże z patrolem niemieckiej żandarmerii. A przecież wiele razy, gdy ją mijał, odczuwał boleśnie wyniesioną z biblioteki sentencję, że jesteście „bytem-ku-śmierci” , bytem „śmiesznym”, „żałosnym”, nieszczęśliwie „wrzuconym w życie”…. Teraz jednak widok owej tablicy nie napawał go jakimś zwierzęcym, metafizycznym lękiem, a raczej budził nieśmiałą ufność, że wszytko ostatecznie mas sens. Śmierć powstańców także… Choć trzeba przyznać, że ten gasnący Księżyc i to Słońce szykujące się do przejęcia władania nad niebem, przypomniały mu z kolei, zarzuconą w gonitwie tygodnia prawdę, że istotnie – jesteście „zmarszczką na morzu”, nanopyłkiem istnienia, przyczepionym niezdarnie do tej drobiny kosmosu zwanej Ziemią, wirującej w chocholim, galaktycznym tańcu…lecz i tym razem – ufność niosła wyciszenie…
* * *
Zostawił za sobą zabudowania Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej z rodzonej z utopijnego marzenia, aby stworzyć społeczność harmonijną, podzieloną na kolonie, owe jedyne w swoim rodzaju miejskie plemiona, współistniejące ze sobą w zgodzie i pokoju, i wszedł w obszar Żoliborza zwanego Willowym. Inaczej mówiąc – dzielnicowe „czworaki” porzucił na rzecz dzielnicowych „pałaców” (choć wielu opiewających inteligencki etos jego dzielnicy ów społeczny podział pomija). Co dziwi, zważywszy, że za jeden pokój takiej pierwszej lepszej willi mógłby kupić całe mieszkanie w „czworakach”. Ten ekonomiczny rachunek stał się jeszcze bardziej klarowny, kiedy znalazł się w kręgu Placu Słonecznego (klasyki Żoliborskiej architektury). Jednak, przechodząc obok jakiegoś „małego domku”, za jakieś 6 milionów, liftingowanego na postmodernistyczną modłę, i lśniącej, terenowej „beemki”, za jakieś 400 tysięcy, z ulgą pomyślał, że gdyby był nawet „szczęśliwym” posiadaczem takich majętności, to by żył i tak cały czas z drzazgą w sumieniu, znaczy się niekomfortowo wcale, że jest mu tak dobrze, tak ciepło, tak przytulnie, podczas gdy inni nie mają, co do garnka włożyć. Spłoszony nagle gniewnym warkotem nadgorliwego mastiffa, co to do ogrodzenia się przyssał, masywną szczękę odsłaniając przy tym, pomyślał nieco złośliwe, że tyle ci mieszkańcy Żoliborskiej Arkadii wkładają kosztowności w oazę spokoju, że muszą potem zaciąg robić z psich wojowników, którzy bym im pilnowali tych „pałaców”. Skutkiem tego willowa kraina przypominać raczy w nocy bardziej domostwa z opowieści o psie Baskervillów, niż ową wymarzoną, sielską, anielską, miejską wioseczkę. Już na prawdę nie wiedział co lepsze w nocy – niski, jednostajny w miarę hałas automobili ściągniętych z wysypisk Europy, czy też dreszczem przeszywająca kakofonia przydomowego ZOO.
* * *
Kiedy wreszcie wszedł na drogę parkowego przesmyku wijącego się między willami, a wałami wiekowej Warszawskiej Cytadeli, przekonał się już ostatecznie, że Żoliborz jest dlań „ani zielony, ani pieprzony”, a jedynie…bursztynowy. Przypominam wszystkim, że akcja tych cichych zdarzeń, o których tutaj wspominam, działa się jesienią, w wyborczy poranek niedzielny, tak zatem opadłe na aleje przesmyku pożółkle listowie, w którym zdawał się brodzić niemal po pas, powoli, szum wydając przy tym przyjemny, było zatopione w miodzie gęstniejącego coraz bardziej jesiennego światła…listowie jeszcze bardziej jaśniejące przez to na tle czerwonokrwistych murów Cytadeli…
Tak wiem, wiem, nieco się ośmieszam, tak targając czule za włosy Muzę poezji. Wybaczcie, proszę, ale ludzie przeżywają czasem chwile, obrazy, kiedy nie mogą nie wpaść w zachwyt…szczery, a ja nie mogę go pominąć, tym bardziej, że przy okazji chce dać też i odpór, i dowód wszelakim prorokom bezsensu, że Piękno jednak istnieje i zbawia… Jednak tym, co zniesmaczeni są mym estetycznym, stylistycznym patosem, wielbicielom brutalizmu, groteski, wiecznej zgrywy, szepnę tylko, ze powyżej opisałem nie inaczej ja tylko „stereofoniczny orgazm metafizyczny” Bruno w trakcie deptania liści.
* * *
Przez całą drogę warszawską Starówką, wytyczoną między harmonijnymi, symetrycznymi fasadami „wiekowych” kamienic (piszę w cudzysłowie, jako że wszyscy wiemy, kiedy je znowu na nowo wzniesiono) te wszechogarniające ukojenie, uspokojenie, jeszcze jakby się weń pogłębiło, jakby wzmocniło kształtem mijanej architektury. Ale do czasu, bo oto warz z wejściem na Nowy Świat, dobrze znajome narkotyczne pragnienie zaczęło go męczyć, za napojem orzechowym, doprawionym odrobinką parzącego alkoholu. „Takie średnio mocne cappuccino nieco by mnie uratowało – pomyślał z tęsknotą”. O dziwo, po przejściu kilkuset metrów zobaczył, że jakieś młode dziewczę, mimo że to tak wczesny ranek, już gotuje do otwarcia przybytek, gdzie mógłbym ugasić to uszlachetnione przez kulturę pragnienie.
- Czy… mimo że Pani jeszcze nie otwiera udałoby mi się zamówić cappuccino na pojedynczym espresso, najlepiej z dodatkiem kropelki jakiegoś alkoholu – wyrzucił z siebie, robiąc niemal minę rasowego spaniela…
– Hm… zobaczę co da się zrobić – wyszeptało dziewczę z uśmiechem…
– Mimo że chłodno, chętnie napije się na zewnątrz – zadeklarował prosząco, ufając, że tym samy łatwiej ją przekonam do złamania handlowych reguł.
Popatrzyła nań zza lady, znowu z uśmiechem.
Niemo podziwiał urodę owej kelnerki spotkanej o poranku, podającej mu to gorące cappuccino z odrobiną alkoholowego „pieprzu”. Podziwiał jej czerwone, malinowe usta, perlisty uśmiech, zgrabny owal twarzy, obramowany krótkimi, postrzępionymi, hebanowymi włosami; owal znaczony dwoma czarnymi węglami (znaczy się rzadkiej urody oczami); a i wreszcie podziwiał jej smukłą, lecz całkiem pełną kibić, opiętą jasnopopielatym, elastycznym golfem. A najbardziej zwróciły mu uwagę jej smukłe dłonie, zwieńczone schludnie przystrzyżonymi paznokietkami, błyszczącymi drogim – jak ufał – bezbarwnym lakierem . Czy myślicie, że to Piękno, które mu tak zgrabnie usługiwało, a które opisuję tutaj ponownie z nieskrywanym patosem, porównywał od pierwszego wejrzenia w myślach swych do czarującej, biblijnej Betszebe, do jakiś mitycznej, ponętnej Afrodyty. Nic z tych rzeczy: „Ależ Ciacho!” – pomyślał, gdy ją pierwszy raz ujrzał. „Rety, ależ Ciacho!” – powtórzył dobitnie, szczerze zdesperowany swoim nagłym zauroczeniem, dając tym samym dowód temu, że i mu kultura a la Doda na wskroś przeżarła umysł i duszę. A to wszystko powyżej, ten cały poetycki obrazek, w którym więził nieznajomą, to jedynie efekt jego kulturalnego superego, strażnika moralności i smaku. Taaak, gdzieś wgłębi nadal był dzikusem, tym razem popkulturowym dzikusem. Ale nie miał wątpliwości, że musi się przed nim bronić, dać mu pałką po łapach, po łbie, zdusić w sobie, dlatego oglądanie napotkanej kelnereczki starał się jak najbardziej dalej sublimować, czemu dowód dałem właśnei powyżej…
– Dziękuje bardzo – powiedział, wysłuchawszy rytmicznego stukotu ustawianej zastawy do picia kawy, stukotu godnego mini-recitalu muzyki współczesnej. – Dziękuję bardzo powtórzył dobitnie, jakby chciał uprzejmością już do końca zdławić to nagłe olśnienie, uniesienie, które się weń tliło niespokojnie względem nieznajomej.
Ale zaraz, zaraz… mimo że podziękował, kątem oka widzi że „Ciacho” nie odchodzi, że dalej się weń wpatruje usilnie. Odwraca głowę w jej stronę i jest porażony tym, że się tak doń uśmiecha wytrwale, a miło zarazem. No tak, widać, że jego magnetyzm na kobiety jednak działała, zniewala je jakoś tajemniczo, mimo że żaden z niego Brad Pitt ani Clooney George. I widzi, że ten jej uśmiech tajemniczy, śmietankowy z twarzy jej jednak nie schodzi, tak zatem ma szansę – podbić jej serce, zniewolić ją tym zauroczeniem. I już zaczął sobie układać ich wspólne, to jest jego i jej życie. Już widział kameralny ślub w klasycystyczne bieli kościoła sakramentek, skromne wesele, a zaraz potem długą, egzotyczną podróż poślubną. Już projektował sobie ten ich mały domek (osobiście wolał te nowoczesne) gdzieś po północnej stronie Warszawy, no i… wreszcie widział tę piątkę małych szczeniąt baraszkujących po ich równo skoszonym trawniku, radośnie wołających doń, siedzącego pod lipą z fajką w ustach, „tato, tato, tato…”
- Metka Panu dynda na plecach – wyrzekła łagodnie jego przyszła „żona”
„Jakże rzadki sposób flirtowania” – myślał – no, proszę, niedość, że piękna, to i niebanalna”
- Metka się Panu dynda na plecach – powtórzyła z rozbawieniem,
- Co proszę?
-Tu, z tyłu – pokazała palcem No wreszcie zrozumiał, niestety. A zatem nie chodziło o sekretny kod miłości, współczesnych, młodych niewiast, chodziło jedynie o ten mały kartonik poświadczający nowość jego prochowca podpiętego milusińskim polarem.
- Może mi go Pani oderwać? – zapytał już bez żadnej nadziei w głosie.
- Dziękuję serdecznie – dodał…chyba z żalem
***
Tak zatem czar prysł. Na dodatek to migawkowe, a niespełnione zauroczenie, które przeżył, wzbudziło weń pierwsze, rzeczywiście nieprzyjemne, a nawet bolesne myśli tego ranka…zwłaszcza, że przypomniało mu spotkanie z dawno niewidzianym kumplem, z którym spędził w jednej ławce szczenięce, „durne i chmurne”, lata licealne… Natknął się nań niedawno w Łazienkach. On sam, a tamten? Z żoną przy boku i czwórką dzieci na rękach. „Coś spaprałem, coś zmarnowałem” – myślał gorzko, wspominając ów familiarny obrazek. „Coś, czego nie da się nadrobić już do końca , poprawić ostatecznie”. Zaraz też zaczął się pocieszać niezręcznie, że jego jedyna przewaga nad „singlami” (mu podobnymi) polega chyba na tym, że do takiej nieodwołalnej, nie dającej się zapełnić straty przyznać się potrafi, nie udaje, że „wszystko jeszcze przede nim” … kiedy tak wiele już za nim… „No ale właśnie… na ile spaprałem, na ile się spaprało…jakoś…tak …? Tego dowiem się już na końcu, na Ostatecznym końcu…” – odpowiedział sobie z ulgą.
Nie da się ukryć – na moment wszedł w refleksyjne otępienie… do czasu, gdy wpadł na pomysł, aby rozweselić nieco atmosferę, sięgając po papierosa, no bo jeśli ma się kawę, to brakuje jeszcze właśnie papierosa, a będzie może tak „śmiesznie” jak u Jarmuscha… w Kawie i papierosach. Po krótkim się „obmacywaniu” wyjął ostatniego „ocaleńca” z paczki, zaciągając się po chwili powoli. Jednak po niejakim czasie już wiedział, że się pomylił. Im dłużej palił bowiem, tym bardziej odchodził w jakąś nieznaną nostalgię, wzmacnianą prze dalekie horyzonty, zamykające z obu stron Nowy Świat. Po kilku minutach kontemplacji tej prawie bezwiewnej, obustronnej dali usłyszał w sercu – jakby oddech po oddechu, nuta po nucie, kropla po kropli, – szmery dźwięków, szmery nastroju, jakie spotykał w opowieściach Camusa czy też Remarque’a. A z nimi przyszło natchnienie, aby te lata, okazje i wreszcie miłości stracone przemienić w jakąś melancholię egzystencji, którą dumnie, samotnie poniósłby przez resztę dni, powtarzając sobie (i tylko sobie) „moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina…”, dowodząc (znowuż tylko sobie) jak tragicznie, aczkolwiek heroicznie, potrafi żyć, nie oczekując znikąd i od nikogo ratunku… „Nic z tego” – pomyślał, gasząc z wolna papierosa. „Nic z tego…” Chwilę tak potrwał w totalnym nieporuszeniu, w bezmyślunku …nieco kuląc się w sobie. „Totus… – wyszeptał wreszcie ledwie słyszalnym głosem – Totus Tuus… razem ze spapranymi szansami…wszelkimi …. prowadź, dokądkolwiek zechcesz…”
Uregulował rachunek Pięknej, która (o dziwo) tak bardzo już go nie rozpraszała i po przejściu kilkusetmetrów skręcił w Chmielną, lecz po jakiś 10 krokach cofnął się i ostrożnie wyjrzał zza winkla, oglądając się powoli to w jedną, to w druga stroną, uważnie obserwując, czy aby te dwa demony, które wtrącają go niekiedy w okrutny potrzask (co dech zapiera, nadzieję wszelką gasi), a który jest znany tylko Mistrzowi, nie uganiają się bezszelestnie za nim, nie dybią, nie polują, bo potrafią niekiedy spaść nań w najbardziej nieoczekiwanej chwili, w najbardziej nieoczekiwanym miejscu… Było pusto.
Nie, nie odbija ani jemu, ani mi, obaj nie „świrujemy”, poniekąd poprzez metaforę obrazuje stany wewnętrzne Bruno, ale też poniekąd w ten sposób przekonuję, że wszystkiego, co się w Was wydarza, czystymi emocjami nie da się objaśnić, że nie tylko ludzie za nie pociągają, ale ktoś jeszcze, ktoś, kto bardzo chce wtrącić człowieka w oddalenie od Niego. Czyż niekiedy po Świętej Komunii nie dziwicie się, że niektóre emocje (zarówno „dobre”, jak i złe), schodzą z Was jak zeschnięta skóra z węża; zbyt często, aby nie podejrzewać, że tutaj, a nie w niebiosach odległych, toczycie już o swoje „ja” niewidzialną, nieustanną walkę, i że są rzeczy, o których nie tylko nie śniło się filozofom, ale i psychologom…no a ostatnio okazuje się, że też i niektórym teologom…
Powróciwszy na szlag spaceru, przeszedł Chmielną w szpalerze białych „dziewcząt’ i „chłopców” na wystawach, w szpalerze harmonijnych, szczupłych ciał, wyciosanych pospiesznie z plastiku wedle proporcji z wybiegów Mediolanu, Paryża, Londynu, aż wreszcie skręcił w prawo i wyszedł na Plac Powstańców, który odsłonił przed nim po stronie lewej – ciemną bryłę hotelu zwanego kiedyś Warszawa, a po stronie prawej – monumentalny pomnik gierkowskiego modernizmu, NBP. Widok tych masywnych sylwet oddzielonych od siebie blokiem przestrzeni, tkwiących tak spokojnie, tak samotnie przejął go niejakim dreszczem. Taki bowiem poranny spacer niedzielny po pustym Śródmieściu przypomina nieco dreptanie na paluszkach wokół groźnego, apokaliptycznego, śpiącego olbrzyma, któremu sen odjął na moment świadomość, a który już w poniedziałek obudzi się z łoskotem, zagrzmi rykiem aut, autobusów, zadrży siłą milionów kroków, tysięcy słów pospiesznych przechodniów…Olbrzym to bezlitosny, zniewoli każdego, kto wejdzie w obszar jego królestwa dnia powszedniego. Na wszelki wypadek Bruno skrył się przed nim w zacienionym, nieco nadto chłodnym, wąwozie ulicy Mazowieckiej. Nie przypuszczał, że ów wąski przesmyk stanie się dlań miejscem tak jasnego przeżycia, a raczej odkrycia. Gdzieś bowiem na wysokości sklepu dla plastyków dotarło doń, jak nigdy dotąd, że to chrześcijaństwo, do którego sposobi się od małego, już od jakiegoś czasu przestało być dla niego tylko nakazem, morałem, a nawet skrupułem, czy też ideą lub ideologią, a stało się wreszcie, przede wszystkim…Osobą.
Szczerze wzruszyła go ta napawająca otuchą samoocena, zakurzona, zagłuszona gdzieś w gwarze codziennego dnia. I tak dreptał sobie spokojnie, będąc nią oszołomiony, do momentu, kiedy otworzyła się przede nim przestrzeń Placu Piłsudskiego. Jego rozległość uświadomiła mu, że być może nie ominął jednak pewnej pułapki w trakcie szukania Mistrza. Bo czasem rzeczywiście, łapie się na tym, że jest On dlań przede wszystkim mężczyzną mężczyzn, romantycznym bohaterem bohaterów, a nie Synem Bożym, Sędzią Sędziów, Pantokratorem, którego powtórne przyjście zakończy chocholi, galaktyczny taniec planet. Mimo tego radość z tego, że jestem o wiele bliżej Niego teraz, niż kiedyś, i to po tak długim czasie szukania Go, do tego stopnia nim zawładnęła, że ów Plac przemierzył z szybkością niejednego sprintera; nie zważając przy tym na opór swego korpulentnego ciała.
Wrócił do domu cały przemoczony tą Ciszą i Radością, które stały się tego dnia jego udziałem, mimo wszelakich cieni wspominanych w tej opowieści. W sumie, będąc zmęczony intensywnością wszelkich wrażeń, mimo że miały w sobie tak mało akcji, opadł na łóżko, zapadając niemal w zimowy sen…
* * *
Wstał po dwóch, trzech godzinach i jeszcze z zamkniętymi oczami przemknął na bosaka do kuchni, żeby się czegoś napić. Hm… zazwyczaj szorstka posadzka wydała mu się niezwykle śliska i miła … tylko …tylko jednak zanadto śliska. Patrzy pod nogi i powoli otwiera te w swoje zaspane „oczęta” i …:
- Fuck! Fuck! Fuck! – zajęczał z desperacją…
Cała kuchnia w wodzie, która wybiła z zaworu od pralki…
- Fuck! Fuck! Fuck!
Godzina na kolanach całkiem dała się we znak jego wszelkim stawom
- Panie, za co taka pokuta w niedzielę !?– pytał z irytacją, zdyszany i spocony.
I gdy po robocie leżał na startej, wilgotnej posadzce, dotarło doń, że chyba po to, aby nie było za przyjemnie; abym zrozumiał, że to chrześcijaństwo, o którym marzy, które chce praktykować, to przede wszystkim „krew i pot i łzy”, a dopiero potem jesienne, prywatne epifanie…Tak zatem leżąc, szybko oddychając, wspominał zarazem, rozpamiętywał dawną rozmowę ze świątobliwym misjonarzem. Pamiętał, że ten, w sposób jak najbardziej zwyczajny, szary niemalże, świadczył przed Burno o swoim niespodziewanym dotknięciu przez Boga, które odczuł całym jestestwem. Mówił, że potem przestał się już bać, że był gotów na… śmierć, na cierpienie, które przecież kiedyś w końcu nadejdą, ale nigdy, ale to nigdy nie zabiorą mu tej wiary w bezgraniczną dobroć Stwórcy, w Jego Opiekę. Nie wiedział, czy po dzisiejszym spacerze, wyznałby to samo. Bo przecież znalazł się po nim gdzieś dalej, gdzieś indziej, tak… wiedział to …już… na pewno, a jednak czuł… rosnącą, kosmatą, gulę w gardle na myśl o jutrzejszej wizycie w szpitalu…