Już dawno nie mam ochoty na nauki kaznodziejskie w moich relacjach „ja”- świat. Mówiąc Herbertem niejako za dużo chrząstek słabości we mnie, za często białą flagę wywieszałem, aby w takie rejestry wchodzić. Tak zatem to ”kazanie” – kerygmat poniższe (które odkryłem na koncie Youtube sarmat1986) umieszczam nie z tej racji, abym chciał kogoś pouczać, ale dlatego że mnie w jakimś sensie jego kształt, nastrój, feeling zaskakująco poruszył; szczególnie w osobie tego czarnego brata nauczającego, który już to przez swoją empatię, czułość w tym, co mówi, już to przez swój żar „nauczania” najlepiej poświadcza tekst „przemowy”. Zaraz po nim zamieściłem „kawałek” (również dzięki sarmat1986) mniej kaznodziejski, ale także nęcący „urodą” nastroju…”Miłego” oglądania…fincher

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Wielu rowerzystów jest stawianych przed egzystencjalnym – jakże rozpaczliwym -pytaniem: w kasku to wygłupiać się na ulicy w czasie jazdy na dwóch kółkach, czy też dumnie podnosić odsłoniętą głowę w żadnym razie nie szpeconą hełmem z jakiś włókien przedziwnych „odlanych”. Nie powiem, jakiej to ja udzielam odpowiedzi na to pytanie, jednak poniższe obrazki przywiodły mnie do pewnych refleksji. Miały te zdjęcia znaleźć się jako „post scriptum” do postu (w niedalekiej przyszłości) o „relacjach” między Watykanem a „światem reklamy”, jednak przez to ich ekspresja byłaby może nadto tłumiona. Tak zatem stały się głównym przedmiotem na odrębny wpis…

 

Dzisiaj Boże Ciało, święto po którym – wedle porzekadła – nastaje „cisza” w Kościele. Ale czy rzeczywiście ona w nim się rozgości na dobre? Posłuchajcie „bracia mili” odpowiedzi na to pytanie płynące ze strony katolickiego „outsidera”; zwykłego, szarego – a nawet kiepskiego – parafianina, „ortodoksa” związanego jednak mocno z Kościołem Powszechnym, członka żadnych „mniejszych wspólnot partykularnych” (ja dalej piszę po polsku). Posłuchajcie „braci mili” głosu płynącego z… pubu Lolek


Tak zatem przez wsie, miasteczka i miasta Polski przejdą procesje dzisiaj z Najświętszym Sakramentem, w asyście bielanek, nieraz orkiestr strażackich i chorągwi wyciągniętych pospiesznie z piwnic…Pod względem estetycznym – trzeba to po cichu przyznać – czasem będzie „straszno”. Na dodatek niektórzy mową ciała na tychże procesjach wykażą dobitnie, że przyszli na nie, bo przyszli i tyle… Wbrew pozorom daleki jestem od wypędzania ich biczem z pochodów, zauważam tylko pewne prawidła, do których zaliczam także i fakt, że nieraz widziałem na tych procesjach ludzi szczerze pogrążanych w zadumie, dla mnie – rzekłbym – nieosiągalnej… Chociaż, jeślibym miał wybór, wolałbym przeżyć to święto w jakiejś zachodniej metropolii, gdzie wygląda ono bardziej „partyzancko” , gdyż „pielgrzymi” podążają tego dnia tylko chodnikami w szpalerach spojrzeń zdumionych, a też i czasem nieżyczliwych. Wtedy tez można poczuć, że uczestniczy się w czymś ważnym, prymarnym…U nas za to, przy wszystkich administracyjnych udogodnieniach, przejdą te procesje czasem bez większego echa, przez miasta opustoszałe z mieszkańców, którzy, razem z karkówkami i kiełbaskami, będą się wędzić nad grillami w czasie przedłużonego weekendu. Oczywiście telewizje pokażą migawki z głównych procesji diecezjalnych, podadzą relacje z „chmurnych i dumnych” przemów biskupich, a niektórzy publicyści wykażą, że wiara wśród Polaków silna, spajająca nasze narodowe „ja”. Nie będę przeczył, że istotnie – katolicyzm jest jednym z ostatnich wyznaczników naszej etnicznej tożsamości, że gdyby ta forma religijnych, tradycyjnych rytuałów się rozpadła, coraz mniej by nas łączyło; nie licząc wspólnych spółgłosek i samogłosek, bo i język polski z nich czasem dramatycznie inny tworzymy. Jednak warto w ten dzień zapytać, na ile główny „Obiekt” tego święta znajduje należyte miejsce w polsko-katolickiej świadomości. Bo śmiem twierdzić, że wiara w obecność Zbawiciela pod postacią „chleba i wina” w narodzie – ba! w samym Kościele polskim – jest mało wyeksponowana, mimo tylu „Kongresów Eucharystycznych” i tak obszernej literatury „Przedmiotu”. W ten dzień rzeczywiście Najświętszy Sakrament będzie - przynajmniej z założenia – w Centrum. Tak zatem to jest bardzo ważne święto, gdyż prowadzi nas poza ustalone w mediach schematy myślenia o Kościele i katolicyzmie, poza niekończące się dysputy o wartościach, wojnie z „cywilizacją śmierci”, roli „Jana Pawła II w obalaniu komunizmu”, itp. To święto zestawia nas sam na sam z „niewyobrażalnym misterium wiary”, prowadzi nas do samego jądra prawdy chrześcijańskiej narracji, do którego nie sposób się udać bez zawierzenia.


Wspomnę tutaj niedawną rozmowę, którą przeprowadziłem z pewnym przemiłym Norwegiem. Oczywiście wyliczył mi ustalony „kanon” tego, z czym on się nie zgadza, jeśli chodzi o kościelne nauczanie. Aborcja, antykoncepcja, gay marriage… Tutaj czuliśmy obaj, że poruszamy się na dobrze poznanym gruncie, wiedzieliśmy jak i gdzie jakiś argument podnieść Ale dopiero, gdy mu powiedziałem o tym, że istotą katolicyzmu jest wiara w to, że to Ciało i Krew naszego Boga uobecnia się podczas Eucharystii, wówczas…na chwilę zamarł po czym rzekł: this is madness. Takie to „szaleństwo” katolicy będą wyznawać w dniu dzisiejszym, pytanie tylko czy „szaleństwo” to wyznajemy gorąco także w ciągu roku. Bo śmiem twierdzić, że ten Najświętszy Sakrament po oprowadzeniu przez nasze podwórza zostanie dobrze i szczelnie zamknięty i będzie jedynie wystawiany w niektórych kościołach – tak często niedostępnych poza Mszami św – na adoracyjne dyżury.


To jest święto bardzo ważne dla Polskiego Kościoła, w którym, chcąc wzbudzić wiarę, próbuje się ją za-murow-ać (wielkie świątynie), za-dekret-ować (oceny z religii, karteczki na bierzmowanie),za-papież-ować ( John Paul Two – we love You), za-czar-ować (statyski), za-mass-ować (wielkie zloty). Tylko jednak okazuje się, że to tylko półśrodki, bo później nazbyt często przekonujemy się, że „rzeczywistość skrzeczy”, a w naszym „katolickim na narodzie” duch antyklerykalny coraz bardziej pręży muskuły, a religia coraz bardziej wydrąża się w wydmuszkę. Pamiętam jedno zdjęcie z jakiejś uroczystości cerkiewnej pod przewodnictwem patriarchy Wszechrusi, na którym widniały sylwety Putina i Miedwiediewa z żonami. Obaj Panowie, trzymając delikatnie świece w rękach, wyznawali swymi minami przekonanie, że „Moskwa warta jest Mszy”, jedynie żona Medwiediewa zdawała się z przestrachem pytać: co ja tutaj robię!? Tak, to że prezydent Polski miał przyjechać na Lednicę nie musiało oznaczać ponownego Chrztu Polski, co nas przemieniłby w anioły.


W to święto przydałby się „rachunek sumienia”, na ile osoby Jana Pawła czy Stefana Wyszyńskiego, rzadkie przykłady biskupów-facetów z krwi i kości, nie są dla polskiego systemu kościelnego zbytnim „potwierdzeniem” jego ewangelizacyjnej żywotności i wydolności, tego, że „system” jednak „działa” dobrze, jeśli wydał takie persony. Może za bardzo żywoty takich bohaterów okazały się usypiające, wprowadzające w pobożny letarg, kiedy to już nadeszły czasy koniecznych – jeśli chodzi o strategię działania – zmian.


Przy okazji tego wątku uprzejma prośba do „braci z krakowskiej Kurii”, aby w ramach akcji „szukamy lidera polskiego Kościoła” zanadto nie podkręcali geniuszu i przywództwa ich przełożonego, bo w pewnym momencie zaczną kręcić bajkę o królu, co był nagi. Kreowanie lidera w Kościele narzędziami marketingu politycznego jest wyjątkowo chybione. Bo też kwestia sporną pozostanie to czy adiutant Szefa Sztabu, który prochu wojennego powąchał mało, będzie dobrym generałem dywizji liniowej, tak ważnej jak diecezja krakowska. Rzeczywiście: Benedykt zdecydował, jego wybór szanujemy, przyjmujemy (przede wszystkim w świetle wiary), ale proszę nam nie wmawiać, że przyjechał do nas od razu Patton na białym koniu, chociaż Pattonem ma on szanse pewnie się i stać jeszcze, czego mu życzymy z całego serca.


Nie, nie przemycam tutaj tezy-okrzyku „Chrystus- tak, Kościół, biskupi -nie”. Bo też, kto uwewnętrzni prawdę, że Kościół to Jego Mistycznej Ciało, kto ją przyjmie, wyzna, będzie ostrożny w antyklerykalnych szarżach, gdyż wspomni słowa, kto „wami gardzi, mną gardzi”. Ale też będzie przekonany, że budowanie wizerunku Kościoła na biskupiej doskonałości prowadzi w sumie do zażenowania, a samych biskupów z czasem do nadmiernego usztywnienia. No bo każdy by się usztywnił, jakby wiedział, ile to doskonałości ludzi od niego oczekują. A właśnie w to święto, kiedy to tak wielu w swoim przekonaniu będzie adorowało Jego Ciało, uwidocznia się szczególnie to, kto – wedle wiary Kościoła – jest Jego Ostatecznym Pasterzem, jego Alfą i Omegą, Początkiem i Końcem. Wystarczy wskazać właśnie na Niego a wtedy i bardziej taki Jan Paweł II zajśnieje, bo okaże się do jakiej głębi, w jaką dal chciał nas poprowadzić. Ale wtedy też bardziej uwidoczni się, ile to odpowiedzialności złożono na barki każdego biskupa i też ile on musi włożyć wysiłku, aby dorosnąć do wymogów takiego urzędu, który – wedle założeń pierwotnych – jest przede wszystkim służbą dla każdego z „katola”


To też jest bardzo ważne święto dla Polski. Niedawne obchody odzyskania niepodległości wykazały, że radość z faktu jej odzyskania jest – delikatnie mówiąc – w narodzie wątła, bardziej celebrowana przez elity, które potrzebuje jej na swój doraźny użytek i uzasadnienie istnienia, a także media, które potrzebują nośnego tematu albo także usprawiedliwienia swego istnienia (vide: Gazeta Wyborcza). W dużej mierze dla zbyt wielu było to święto wirtualne, które obserwowali z bliskiego oddalenia, z emigracji wewnętrznej. Intensywne krzesanie aplauzu z ludzi, którzy byli do niego mało zdolni przypominało po trochu groteskową reanimację trupa. Bo też obecna klasa polityczna, o rodowodzie niepodległościowym, chcąca „podczepić się” pod nadzieje pierwszej Solidarności, swoim stylem i kompetencją uprawiania polityki zbyt często przekonywała, że ani tym nadziejom nie sprostała, ani nie jest ich godna…W tych obchodach zastosowano powszechny sposób ucieczki od rzeczywistości – jej czarowanie, które spełniało się w hasłach o „wielkim sukcesie Polski”, „zdobyczach dwudziestolecia”. Niejeden w tych zaklęciach chciał schować swoje przewiny. A też i te zaklęcia zamazywały jedno przecież, bardzo istotne rozróżnienie: na Polskę (jako państwo) i Polaków (jako zbiorowość). A ci ostatni, jeśli odnosili uczciwie, rzeczywiste, duże sukcesy w życiu społecznym i zawodowym, to odnosili je niejako wbrew państwu polskiemu, a nie dzięki niemu. Teraz, kiedy jesteśmy bogatsi o doświadczenia z ostatniego dwudziestolecia, powtarzanie z taką samą emfazą okrzyku „4 czerwca skończył się komunizm” , jak na początku startu Trzeciej RP, brzmi co najmniej mało dojrzale… Bo też po toastach wzniesionych za wolność przyjdzie nam znowu zderzyć się z państwem polskim, w którym – jak za starych dobrych czasów PRL – tak wiele bezładu męczącego nadto…a nieraz zabijającego, i to dosłownie (służba zdrowia, autostrady). Na ile on wynika z grzechu pierworodnego Trzeciej RP, czyli braku deesbezkizacji, dekomunizacji, lustracji, na i ile też z zarzucenia elementarnej, dla społeczeństw posttotalitarnych, prostej zasady: „chwała bohaterom, zrozumienie dla słabych, a dla oprawców – sprawiedliwość”, pozostanie kwestią sporną. Niemniej dzisiaj widać dokładniej, że taktyka stosowana przez niektórych hegemonów życia społecznego, aby pominąć te fundamentalne problemy przy reaktywacji nowej Polski, przypominała strategię lekarza leczącego pacjenta z coraz to nowych ognisk bakteryjnych, a pomijającego podstawowy fakt, że z gęby – zjadanej przez zgniliznę – mu jedzie…


Ten bezład dodatkowo powiększa nieustannie „wojenka” polsko-polska. Sam fakt to znany, a spostrzeżenie niezbyt wyjątkowe. Mało kto jednak podkreślił, że gdy Lechu jeden nie podał Lechowi drugiemu ręki na znak pokoju podczas Mszy św w katedrze, to wówczas ta wojna weszła w nowy etap. Bo jeśli ta Ofiara, która wedle wiary obu prezydentów, przywróciła jedność we wszechświecie podzielonym przez grzech, nie jest w stanie ich pojednać, na poziomie podstawowym chociażby, to mamy już pewność, że to jest już bój nie tylko do ostatniego żołnierza, ale też i do ostatniego naboju. W międzyczasie kapitał społeczny – pojęty na potrzeby tego wpisu jako międzyludzkie zaufanie i obywatelska energia – zdąży już zupełnie rozmienić się na drobne. Już teraz Polacy są na tyle zmęczeni Polską, że pochowali się w domu, a na wszelkich społeczników zakładających fundację, organizacje pozarządowe patrzą jak na niegroźnych wariatów. Są przekonani, że ich próby uporządkowania, zaktywizowania życia zbiorowego to szlachetna walka z wiatrakami. Chociaż też i sami społecznicy czasem swoimi nadaktywnymi nadziejami zbudowania krainy doskonałej już tu na ziemi, za lat kilka, kilkanaście odpychają od siebie.


W tej sytuacji, bez znalezienia jakiegoś rzeczywistego źródła mocy, co to Polaków pobudzi na nowo, trudno sobie wyobrazić, aby potoczył się w tym kraju wreszcie jakiś mały kamyczek, który zmieni z czasem bieg rzeczy. Polaka z domu do walki o kształt życia społecznego nie wyprowadza jak na razie epatowanie historią „Solidarności”, czy nawet osobą Jana Pawła II. To wyjście z domu łączy się dla niego z niepewnością równą tej, która towarzyszyła Abrahamowi w jego wędrówce do ziemi przez Boga przyobiecanej. I jak Abrahamowi do postawienia pierwszego kroku była potrzebna wiara, tak i Polakowi potrzebna jest motywacja nie z tej ziemi do tego, aby wyjść na świat społeczny, w przenośni i dosłownie. I jeżeli w czasach komuny ludzie powracali do Kościoła przez jego patriotyczne zaangażowanie, to dzisiaj wydaje się, że ten kierunek winien się odwrócić: to od Kościoła człowiek może powrócić do rzeczywistości rodziny, pracy, państwa. Tylko stosowane, a wymienione już przeze mnie, sposoby „krzesania” wiary przez decydentów kościelnych u Polaków są „półśrodkami” co najwyżej, sukcesu nie zwiastującymi. Bo doświadczenie uczy, że wiara (przy całym jej wspólnotowym wymiarze) to historia, która rozgrywa się ostatecznie między Jednostką a jednostką, miedzy Bogiem a człowiekiem, a w tym dniu trzeba powiedzieć dokładniej: między Chrystusem a współczesnym homo viator. Ten który uzna, że Go spotkał, odczuje z czasem potrzebę odmiany tego świata, jego wszystkich wymiarów, przez osiem błogosławieństw. Z domu wreszcie wyjdzie…nie jako społecznik, który będzie się niecierpliwił, że mu się świat nie zmienia w należytym tempie, ale jako człowiek wiary, który odnajdzie w sobie siłę, by trwać w danym miejscu w świata – jeśli poczuje się do tego wezwany – nawet do samego końca. Niedawno Anne Aplebuam w Rzeczpospolitej, pisząc o aferach w brytyjskim parlamencie, wyłuskała banalną, a jednak podstawową, przyczynę światowego kryzysu: Mentalność wyrażona słowami: „Jestem bystry, ciężko pracuję, zasługuję na to, żeby się wzbogacić choćby kosztem kogoś innego”, przyczyniła się do upadku banku Lehman Brothers, legła u podstaw piramidy Madoffa, a teraz przynosi uszczerbek starej dobrej Izbie Gmin. Która instytucja jest następna w kolejce do upadku?”. Banalne to, bo znane od wieków, ukazujące, że początków kryzysu nie da się lokować tylko w niewydolności systemów społecznych, politycznych, ekonomicznych. Jego początków trzeba szukać w odwiecznym pęknięciu tkwiącym w człowieku, które Kościół objaśnia nauką o grzechu pierworodnym. Już proste doświadczenia z ekonomii eksperymentalnej dowodzą, że gdyby podmioty gry rynkowej zdecydowałyby się nie maksymalizować zysków kosztem innych, ogół społeczeństwa by na tym w dłuższej perspektywie zyskał. Tylko jak u zarządzających wykrzesać zgodę na mniejsze zyski, a nawet pewne straty, kiedy tak wiele razy przekonywali się, że moralność się nie opłaca, że inni kradli i mają się dobrze i żadne gadanie o wierności zasadom nie było wstanie ich u-moralnić. W takiej perspektywie uwidacznia się „wyższość” człowieka wiary, który będzie uczciwy nie dlatego, bo tak mówią to a takie zasady etyczne spółki, będzie uczciwy, bo tak czuje w sumieniu, że tego domaga się relacja, którą zawiązał w sercu z Bogiem, który ludziom ukazał się przez swoje Wcielenie. I to właśni to święto, jak rzadko inne, uwidacznia mu to zobowiązanie.


Ale też wydaje się, że z jednym z największych problemów polskich chrześcijan jest odsłanianie Twarzy Zbawiciela współczesnemu człowiekowi. Bo też nie odsłaniają jej odpowiednio ludzie ze wspólnot, których poetykę zachowanie streszcza symbolicznie okrzyk „Jezus żyje!”, nie odsłaniają jej też rożnej maści „intelektualiści katoliccy” w swoich dyskursach o wartościach. Obie te grupy tak naprawdę Go porzucają. To spostrzeżeni prowadzi do wniosku, że dzisiaj w polskim Kościele występuje elementarny problem z inkulturacją Ewangelii do czasach współczesnych, czasów genetycznych manipulacji. Brak w nim spójnego dyskursu prowadzącego od głębokiego życia duchowego do – już wspomnianego – osobistego, rodzinnego, społecznego, propaństwowego nawet. Tak, wiem, tyle to, a tyle ludzi jest zaangażowanych w życie różnorakich katolickich wspólnot, tylko teologia pracy, obecności w przestrzeni społecznej za bardzo nie jest w nich rozwijana, śmiem twierdzić. A też i właściwa poetyka zachowania chrześcijan (radykalna, a zarazem delikatna) w dzisiejszej kulturze jest im mało intensywnie wpajana.


A propos tego życia duchowego, to właśnie to święto przypomina o wielowiekowej, a dzisiaj mało propagowanej także, praktyce adoracji Najświętszego Sakramentu, podpowiada jeden z„najlepszych „sposobów” na odkrywanie Boga. Rodzimi katolicy zajęci są teraz bardzo szukaniem „duszpasterskich programów” , liderów, „lekarstw” na bolączki księży (celibat, wypalenie i lenistwo „zawodowe”), etc. Zapominają jednak, że odpowiedzi na takie pytania należy szukać przede wszystkim nie na konferencjach, nie z kredą przy tablicy, a na kolanach… wsłuchując się… Temat to na odrębny wpis, ale byłbym w stanie chyba wykazać, dlaczego adoracja jest bardzo formuła modlitewną odpowiadającą pośrednio na wiele bolączek, pytań i potrzeb dzisiejszego katolicyzmu; pożądaną dla wielu indywidualistów z miasta spragnionych duchowości, mężczyzn nie lubiących gadać o „tych sprawach” , zakonników zezujących w stronę dalekowschodnich technik zen, a też i katolików miotających się między misją a „dialogiem interreligijnym”; między wyznaniem „Jezus jedynym z Panem” a „wszyscy (chrześcijanie, muzułmanie, żydzi) jesteśmy dziećmi tego samego Boga”.


Rzymski katolicyzm stał się religią niezwykle przegadaną, dyskursywną, naznaczoną przy tym często kartezjańskim sceptycyzmem. Dlatego też wielu z nas zazdrości prawosławosławnym ich duchowej głębi wybrzmiewającej w pisaniu ikon, cerkiewnych chórach, czy Modlitwie Jezusowej Wydaje się, że u człowieka współczesnego narasta pragnienie bezdyskursywnego trwania w spokoju, trwania skierowanego ku jakiejś głębi, by scalić przy tym swojej „ja” rozniesione przez jazgot i życie w metropolii; stąd też jego szukanie „duchowości” w szkołach jogi, w medytacjach a la zen…Przy całej gamie swoich różnorakich propozycji rzymski katolicyzm wiele takiemu człowiekowi nie potrafi zaproponować oprócz słów, słów i jeszcze raz słów, chociaż odpowiedź w sobie przecież skrywa. Frekwencyjny sukces filmu tak trudnego jak „Wielka cisza” Groeninga w Europie Zachodniej (trzy godziny prawie bezsłownej projekcji) poświęconego pustelniczemu życiu kartuzów, zakonowi o jednej z najsurowszych reguł (samotność, milczenie, posty), przekonuje, że coraz więcej ludzi szuka duchowości wcale nie light, szuka trudnej ciszy, którą mógłby przenieść w wir miasta. Ktoś powie, że z taką odpowiedzią nadchodzi do tegoż miasta ojciec Delfieux ze Wspólnotami Jerozolimskimi, swoistą hybryda życia miejskiego i monastycznego. Tylko że za dużo w niej mym zdaniem zarówno ckliwości jak i…kobiecości. Ojcowie pustyni przewróciliby się w grobie pewnie, a starcy z Góry Athos rwaliby sobie włosy na myśl, o tym że mieliby swoje pustelnicze dzielić z kobietami (i to nawet mniszkami). Zresztą to, o czym tutaj myślę jest o wiele bardziej proste, indywidualne, a też i „świeckie” niż Wspólnoty Jerozolimskie. Wystarczyłoby chyba przedłużyć to dzisiejsze Boże Ciało w czasie i przestrzeni, aby zobaczyć inny, zagłuszony dzisiaj wymiar katolicyzmu. Państwo sobie wyobrażą „bajkowy widok”. Warszawa, a każdym kościele całodzienna (jak nie całonocna, a nie tylko kilkugodzinna) adoracja przez mężczyzn i kobiety Najświętszego Sakramentu w „asyście” płonących świec (i to z prawdziwego, pszczelego wosku odlanych, a nie jakiś plastikowych „protez”). Czy wówczas w tym Kościele warszawskim (a może polskim) zaczęłoby się coś zmieniać. Jeśli nie spróbuje się pewnych rzeczy, innych się nie dowie…Niektóre parafie, jak ta na warszawskiej woli przy ul. Deotymy, już taki projekt w życie wcieliły…i jest to jedna z najbardziej aktywnych, i żywych parafii w mieście. Należy podejrzewać, że nie jest to tylko zasługa tamtejszego proboszcza.


Tak zatem czasem nie trzeba się bardzo głowić, żeby ratować Kościół, czasem ratunek tkwi dla niego w odpowiedziach najprostszych, chociaż nie najłatwiejszych. Bo promowalibyśmy tutaj „duchową telenowelę”, gdybyśmy powiedzieli, że adoracja to łatwa forma modlitwy. W żadnym razie. Nawet, gdy adoruje się z innymi, jest się w jakimś sensie zamkniętym we własnej celi samotności. I jak bohater-wiezień w Skazanych na Shawshank wydrążał lata całe, mozolnie otwór w ścianie, aby „nawiać” ze swej celi, tak każdy adorujący staje przed własną ścianą Ciszy i mozolnie, oddech po oddechu, minuta po minucie żłobi w niej swój własny otwór. A w czasie tej kreciej roboty przeszkód napotyka wiele: niespełnionych marzeń, zabukowanych planów, pełzających lęków, dręczących rozproszeń. I też on sam, nikt inny za niego tego nie zrobi, będzie musiał sobie odpowiedzieć na pytanie, czy zobaczył wreszcie przez ten otwór… światło, które zagłuszy w nim „logiczną trwogę” wzbudzaną przez pytanie: skąd Bóg? Zeznania niektórych praktyków adoracji przekonują, że gdy coraz głębiej wchodzą oni w Jego Ciało, w Jego Słowo, w Jego Miłosierdzie przez miłosierdzie wobec innych, też coraz częściej odczuwają we „własnej celi” przebłyski piękna, dobra, prawdy, które tę trwogę tłumią prawie zupełnie, zastępując ją słowem: wierzę…Wyznanie to dodatkowo wzmacniają w nich czasem przykłady świętych od „cudów Eucharystycznych”. Taka Marta Robin, przez kilkadziesiąt lat przykuta do łóżka przez ślepotę i paraliż. Według świadków przy niej obecnych przez kilkadziesiąt lat jej jedynym pokarmem była św. Komunia. Ja wiem, że sceptycy powiedzą, iż pewnie ktoś ja po kryjomu odżywiał sondą albo że ludzki mózg jest do końca niezbadany…Tylko jeśli zestawi się jej kondycję ze współczesną mentalnością, to już cudem zda się spokojne znoszenie przez nią takiej egzystencji, której mogła się przecież sprzeciwić prostą prośbą o eutanazję. Nie tylko, że o nią nie poprosiła, to jeszcze tym, co mówiła, zrobiła, wlała nowe życie w Kościół francuski..


To też bardzo ważne święto dla całego świata. I nie dopuszczę się tutaj chyba grzechu przesady. Już niedługo przekonamy się, czy prezydentura Obamy to spełnienie najgorszych snówXIX-wiecznego proroka Sołowiewa głoszącego, że Antychryst nadejdzie pod postacią zagorzałego ekumenisty, pacyfisty, ekologa, dawcy wszelkiej ludzkiej szczęśliwości oprócz dobra jednego: Jezusa Chrystusa, który doprowadzać go będzie do szału. A może ta cała „Obamomania” (z nazywaniem go nawet Mesjaszem) okaże się jedynie kolejną, marną, groteskową realizacją mitu prometejskiego? Chociaż, gdy słucha się rojeń Obamy o konieczności stworzenia sytemu zgody ponad religiami, kulturami, kiedy czyta się info ze jego administracja kazała przed wystąpieniem na Uniwersytecie Notre Dame zasłonić inskrypcję IHS (Iesus Hominum Salvator, Jezus Zbawiciel ludzi), na tle której miał wystąpić, to wówczas jakoś…niespokojniej robi się na sercu. Chociaż może zbyt dosłownie sprawę bierzemy pod rozwagę. Może Antychryst nie nadejdzie pod postacią konkretnej jednostki, może bardziej nadejdzie jako ten Duch Dziejów zapładniający sobą idee, projekty, myśli poszczególnych grup, zbiorowości, konkretnych bohaterów zmierzających dzięki temu do budowania jedności poza Osobą Chrystusa, czemu ulegli także niejedni katoliccy „uczeni w Piśmie” czy też nawet…biskupi. Nie trzeba panikować, ale chyba też budowanie takiej jedności, dzięki globalizacji, nigdy nie było w historii świata tak intensywne i powszechne. I właśnie dlatego to święto dla wielu z nas jest tak ważne, bo w naszych procesjach wyznamy wiarę, że Mesjasz jest tylko jeden, że do nas już przyszedł, a jakby tego było mało – został z nami pod „postacią chleba i wina” i że całkowita jedność wszystkiego i wszystkich jest możliwa tylko w Nim.

Kiedyś Malraux napisał, że chrześcijanie XXI-wieku będą mistykami albo nie będzie ich wcale. Trawestując tę frazę na podsumowanie tego wpisu odważę się stwierdzić, że Kościół XXI wieku albo będzie Kościołem Ciszy i Adoracji albo….

Nie tak dawno Carla Bruni, miłościwie nam panująca, Pierwsza Dama Francji, kobieta o jakże szerokich intelektualnych horyzontach, zrobiła mały o.p.r. papieżowi Benedyktowi XVI za to, że nie chce Afrykanom rozdawać prezerwatyw, aby skalę AIDS zmniejszyć. Nie będę się tu rozwodził nad tematem, co jest bardziej skuteczne w walce z AIDS, nauka wierności czy też zakładania gumki przy braku wierności, bo ta kwestia – chociażby w sieci – jest rozpisana na szereg precyzyjnych partytur dyskusyjnych i wiele ciekawych rzeczy bym tu nie dopisał. Natomiast, gdy przeczytałem to info na Onecie szereg skojarzeń (Carla Bruni, kondomy) „przekierował” mą pamięć na Noc Reklamożerców 2009, już jakiś czas temu przeżytą w Multikinie. Bo też tam dane mi było oglądać reklamy zarówno z ponętną Carlą Bruni, jak i „gumkami” (żeby była jasność: ona ich nie reklamowała)


Patronem tej Nocy, która wydarza się w różnym czasie, prawie na całym świecie, jest jedna z agend ONZ. Przed rozpoczęciem pokazów informuje się usilnie widza o tym, że jej zadaniem jest zmniejszenie ilości chorób, biedy, bezrobocia…no w ogóle budowa raju na ziemi. Szybko okazało się, że jednym z głównych sposobów osiągnięcia tego raju będzie w miarę regularne zakładanie „gumek”. Ironizuję tak, gdyż motywem przewodnim ekranowych projekcji były różnorakie reklamy prezerwatyw, kręcone w poetyce nastrojowo-romantycznej lub groteskowo- niedosłownej. Dokładnie już nie pomnę ich fabuły, ale było „ciekawie”, chociaż z czasem coraz bardziej irytująco przez tematyczną monotonię. Dał temu wyraz jegomość w średnim wieku, siedzący koło nas, który z niecierpliwością pewną sapnął głośno przy kolejnym haśle typu: „use condoms”. Chociaż przez moment nie wiedzieliśmy, czy aby na pewno on irytację tym sapnięciem okazywał.


Noc w Multikinie uświadomiła mi, jakże schizofrenicznie świat reklamowy jest zbudowany. Wpierw nakręcamy, rozbudzamy ludzkie emocje na pożądanie nawet najgłupszych luksusów, a potem wtrącamy ich w rozterki sumienia, epatując, trwożąc nasze „ja”, humanitarną katastrofą na Czarnym Lądzie.Chrześcijańska optyka umiaru i pożądania rzeczy naprawdę potrzebnych z takiej schizofrenii potrafi wyzwolić. Ale czy też można wedle tej optyki budować reklamy? Jedna z watykańskich agend próbowała sobie na to pytanie odpowiedzieć w stosownym dokumencie. Ale o tym następnym razem… Tymczasem, poniżej, prezentuje moje „typy” z ostatniej Nocy Reklamożerców. Można się zorientować, ze ja najbardziej preferuję poetykę reklam jako krótkich fabuł „podkręconych” śmiechem, nieraz przechodzącym w zdrową groteskę. Już taki ze mnie typ, że lubię opowieści, jakiekolwiek opowieści…


Na początku myślałem, że to tylko kaczka dziennikarska, i to marnej próby. Bo przecież, kto by się przejmował, tym, co pisze „Życie na Gorącą” które po trochu odsłaniało przede mną „dramat Mela Gibsona”, kiedy to robiłem zwiad między półkami Empiku. Mel Gibson z brunetką na prywatnej plaży, Mel Gibson rozwodzi się z żoną, Mel Gibson oczekuje dziecka z ponętną Rosjanką…. A jednak w programie The Tonight Show Jey Leno sam opisywany potwierdził w konwencji lekkiej – jak pianka cappuccino – pogawędki wieści i plotki o nim. I tu moje zrozumienie dla „dramatów” Mela Gibsona się kończy…  

Ostatnimi czasy „Katoland”, szczególnie polski, przeżył wiele „upadków” ludzi, którzy widnieli nieraz na katolickich sztandarach… którymi powiewano na pokaz przed światem całym. Z duchownych są to między innymi jezuita Obirek, dominikanin Bartoś, ks. prof. Węcławski, ze „świeckich” – Cezary Pazura, „Kazio” zwany Marcinkiewiczem, a jeszcze wcześniej niektórzy bohaterowie z ekip Frondy, czy rewolucyjnych „pampersów”. No i jest jeszcze właśnie Mel Gibson, który szczególnie dla polskich katolików tradycjonalistów stał się przykładem rycerza moralności (mimo jego wcześniejszych przypadków alkoholowych) w zepsutym świadku Hollywood, męskim uosobieniem walki o wiarę, której to teorię wykładał w takich produkcjach, jak Breveheart, Byliśmy Żołnierzami czy też Pasja. Teraz może zaś być klinicznym przykładem dla takiego „zmęczonego liberała” jak Cezary Michalski, że w sumie każdy radykalizm się kiedyś wypali…  

Wyżej wymienieni (wywodząc sie zarówno z "katolickiego liberalizmu", jak i "konserwatyzmu") odchodzili od żon lub z kapłaństwa. Łączy ich to, że wszyscy przeżyli jakieś załamanie, nieraz pewnie dramatyczne, swego świata (w tym i wiary). Tego, jak się w nim poruszać i jak na niego patrzeć…Ja to jak najbardziej rozumiem, tym bardziej że obraz wiary, który mi się klaruje ostatnio, nie jest tak jasny jak u gorących charyzmatyków, ale na szczęście nie jest tak ciemny jak u wielu katolickich intelektualistów. Jawi się jako to brodzenie, uciążliwe nieraz, we mgle Tajemnicy, w której zapalą się od czasu do czasu błyski światła, wedle których orientuje się swoją wędrówkę, dzięki którym nie da się jej ostatecznie porzucić.  

Nawiązując tym obrazem do osób wspomnianych, powtórzę, że rozumiem zagubienie, które może się zdarzyć podczas takiego dreptania, rozumiem to, że błysku światła się nie ujrzy…I wtedy jest ból i ciemność, i szukanie ratunku w objęciach kochanki czy świata. Jednak gdybym znalazł się w takiej sytuacji egzystencjalnej jak Gibson i inni…nie chodziłbym z uśmiechem po ludziach, udając że nic się nie stało. Tym bardziej, że „za tym nic się nie stało” majaczy rzeczywiste cierpienie najbliższych. I w tym kontekście takie publiczne obnoszenie się ze swoją niewiernością jest… żałośnie fałszywe. Odszedłbym po cichu, bez ogłaszania książkowych, prasowych, telewizyjnych manifestów niewiary w to, że da się wytrwać…do końca. I czyniłbym tak nie z powodu lęku – pełnego dulszczyzny – przed tym, co „powiedzą inni”, czyniłbym tak, aby nie zabierać ostatecznie innym nadziei, na to, że życiu naszemu objawiono jakiś głębszy sens, w imię którego warto nawet „trochę” pocierpieć (czasem nawet „do krwi”). Tak zatem, gdy przestanę „blogować” ostatecznie, bez wyjaśnienia, dlaczego, „zamilkłem”, będzie to znaczyło, że…proszę o … Na razie jednak – mówiąc językiem pewnej telewizji – trwam, chociaż wspomniane przykłady trwogą cichą napawają, każą sobie zadać wstydliwe pytanie, czy aby i ja nie „glebnę” na dobre niedługo, tym bardziej, że z „gleby” się nie tak dawno podniosłem. Na pewno dzięki też wspomnianym przypadkom, nie w głowie mi peany o „katolickich wartościach”, czy kaznodziejskie połajanki o „zepsuciu tego świata”. Lepiej, chociażby dla samego siebie, być ostrożnym w smaganiu innych biczem moralności…bo zbyt często okazywało się potem, że niejeden Savonarola współczesny nie dorósł do ciężarów, jakie na innych nakładał… Bo jeśli Gibson, który przez Pasję wyznawał wiarę w to, że Bóg przeżył Tajemnicę Wcielenia, swoimi woltami tę wiarę teraz unieważnia, gorsząc przy tym tysiące (jak nie miliony), to co mamy powiedzieć my, którzy własnej Pasji nie przerobiliśmy.  

Dziwne jak awers i rewers medalu niewiary mogą przybierać oblicza czasem tak różne, dalekie, będąc przecież będą dalej stronami tego samego medalu. Można przecież brak wiary maskować doskonale szarżami płomiennymi, a w słowie się spełniającymi, na świat “zepsuty”, oddany “rozpuście” i “konsumpcji”. Można też oddać się temu światu w działalności dobroczynnej, udawać, że jest on tylko „poraniony” i być zdziwionym pytaniem o potrzebę modlitwy (osobistej czy też za ten świat nawet). Jeżeli w pierwszym przypadku niewiarę maskuje tępy moralizm, to w drugim – „szlachetny” aktywizm. W obu tych wariantach ludziom brakuje odwagi, aby puścić się swoich opłotków i polecieć w dół, w pustkę wiary, bo chyba jest ona – wedle praw fizyki na pewno – w jakimś sensie pustką  Ale też ich wyznawcy przemilczają prawdę, że światy wiary i niewiary wbrew pozorom nie są tak nierozłączne, istniejące bez żadnej osmozy, bo przecież bywa, że odczuwa się je boleśnie w jednym sercu… Ale na szczęście – jak powiedziałem – trwamy. No to „Alleluja…!!! I do przodu…”. Ciekawe, jak tym razem uda nam się blogować regularnie. Odkąd bazę blogową umieściliśmy też na WordPressie, już nie schowamy się w słodkim tłumaczeniu: bo „Salon” nie działa…

Spokojny, jednostajny głos spikerki, rytmicznie wyrzucał z megafonu w eter kolejne cyfry:

 

- Minuta i pięćdziesiąt sekund do odjazdu pociągu, minuta i czterdzieści sekund do odjazdu pociągu, minuta i trzydzieści sekund do odjazdu pociągu…

 

Kiedy Bruno wszedł na stację metra Plac Wilsona, kiedy usłyszał to bębnienie megafonu, skojarzone z wysoko brzmiącym gongiem, nieco skulił się w sobie, bo sytuacja jako żywo przypomniała mu historię z kolejnej części „Obcego”, w którym porucznik Ripley uciekałastatkiem-śmigaczem z płonącej megastacji kosmicznej, na jakiejś opustoszałej, zimnej, mglistej planecie wzniesionej, mającej za moment ulec samozniszczeniu, co również spokojnym, rytmicznym, metalicznym tonem obwieszczał główny komputer. Mimo nieprzyjemnych skojarzeń, mimo uciekających sekund, Poręba podjął w duchu niezwykle męską decyzję, że zdoła jeszcze z początku składu kolejowego przejść na jego koniec, trochę z chęci sprawdzenia się w odwadze, a też i przyczyn bardziej prozaicznych… Był szczerze niepocieszony tym, że źle czas obliczył i dotarł tam całe 50 sekund przed odjazdem, a nie sekundę tylko, co nadałoby jego czynowi rys o wiele bardziej heroiczny i filmowy zarazem. Usiadł zaraz przy drzwiach, dzięki temu, jak rasowy wykidajło, kątem oka omiatał najważniejszą przestrzeń wagonu, mając jak na dłoni doń wchodzących. A tych liczba przed odjazdem znacząco się zwiększyła, dzięki czemu pozbawiono Bruno rozkoszy samotnej jazdy, a bardzo tego pożądał w tym dniu.

 

Cały bowiem piątek brodził w skwarze sierpniowego powietrza, wpadając przy tym z urzędu do urzędu w sprawach „wagi państwowej” dla jego szefowej. Jazgot ulic, zaduch miasta, gwar wszelaki dały mu w kość niezmiernie, naładowały energią, a jednocześnie wyprały, wymiętosiły… Przez to był zmęczony nadto tego wieczoru, chylącego się ku nocy, aby móc zasnąć nawet… Pomyślał, że nie będzie przelewał czasu w domu nadaremno i go wykorzysta kulturalnie pod niebem gwieździstym vis-a-vis Pałacu Kultury, gdzie kino nocne się właśnie rozgościło, racząc widzów przebojami dokumentalnymi… Jak pomyślał tak też zrobił…

 

                                          * * * * *

 

Wpierw, z hukiem radosnym, niemal w powietrzu, wlecieli do wagonu Zakochani, niewiarygodnie słoneczni. Oboje o włosach blond, przystojni, ale… tak w sposób niedzisiejszy, dawny, z lat dwudziestych wywiedziony, kiedy to elegancja w wyglądzie, w stroju, w ruchach ludzi się mieniła zwyczajnie, a w ich wypadku była to nade wszystko elegancja szybkiej, a lekkiej zabawy, niby przerzucania z ust do ust pyłu kwiatowego. Tylko że oni w żaden kwiat mlecza nie dmuchali, a jedynie, z energią, naiwnością dziecięcą, to trzymali się za dłonie, to grali nimi „w łapki”. Zaraz po ich wejściu coś zaterkotało delikatnie, zatrybiło i powoli pojawił się Chłopak z rowerem spacerowym, który raczej spotyka się przy kanałach amsterdamskich niż w metrze warszawskim. Chłopak o kręconej, gęstej, czarnej czuprynie, dopiero od brwi odsłaniającej jego twarz opaloną. W chłodny wieczór sierpniowy nosił tylko niebieską koszulę, niedbale zarzuconą na białe, płócienne rybaczki, dzięki czemu jego lekko brązowe mokasyny z nabuku jeszcze bardziej biły w oczy. Nie pasował ten Chłopak do rosyjskiego, sypiącego się wagonu metra, nie pasował zupełnie, o wiele bardziej komponował się z duchotą, ze słońcem, z rozżarzonym piaskiem francuskiej Riwiery… Rzadko spotyka się w Warszawie ludzi tak bezczelnie a skrycie emanujących nonszalancją wewnętrzną, która broni ich przed groźną, jakąkolwiek większą amplitudą przeżyć. Oparł się na rowerze, który z wcześniej oparł o zamknięte  drzwi naprzeciw wejścia, wsadził ręce w kieszenie i bez namiętności większej, beż zażenowania jakiegokolwiek spoglądał na innych. Po nim zaś wkroczył Starszy Pan z plecakiem na ramieniu, odziany jak rasowy emeryt z PRL-u, w szarzyznę, w starzyznę stroju. Szurając nogami po podłodze, szeleszcząc ortalionową kurtką wiśniową, zajął z ulgą miejsce naprzeciwko Bruno, popatrzył nań bez nadziei w oczach, zza grubych szkieł osadzonych w rogowej oprawie… I ten też nie pasował tutaj, nie do tego miejsca jednak, a do czasu letniego wieczoru, a bardziej nocy… Bo taki jegomość winien się pojawić na stacji metra Plac Wilsona raczej w niedzielny poranek, kiedy to z innymi towarzyszami mu podobnymi, niedobitkami po PTTK, przesiadłby się do autobusu wiozącego ich do Puszczy Kampinoskiej na wycieczkę tleno-znawczą. Skąd, dokąd zmierzał owy emeryt w ten czas wieczorny, a już nocny, trudno było zgadnąć… Jeszcze nie wybrzmiało do końca jego szuranie, kiedy rozległo się w wagonie dudnienie kroków, jakże dziarskich, młodzieńca niezwykle wysokiego, barczystego, opiętego obcisłym podkoszulkiem czarnym, z wdziankiem dżinsowym na ramieniu, którego opalizowany brąz wziął się raczej na pewno z żoliborskiego solarium a nie z francuskiej Riwiery… Młodzieniec ów, zwany przez Warszawiaków pieszczotliwie „dresiarzem”, stanął zaraz za drzwiami, po lewej stronie Bruno, sapiąc przy tym od czasu do czasu… Wreszcie sekundę po nim do wagonu wbiegł człowiek dwudziestoparoletni, postury niemniejszej niż Dresiarz, w odróżnieniu od niego łysy jednak jak kolano, i nieco zasapany zajął miejsce obok Starszego Pana, prawie vis-a-vis Bruno… Również szeleścił swoim strojem, tylko że w jego wypadku była to droga, czarna kurtka z goretexu, a nie żadna z formaliny wyjęta ortalionówka. Od wszystkich też odróżniało go to, że jego łepetynę łysą przecinały, niemal na pół,  hi-endowe słuchawki srebrne, upodobniając go do nieziemskiego UFO… Chwilę potem drzwi wagonu, sycząc powietrzem swym sprężonym, zamknęły się, obwieszczając tym samym wszystkim, że czas odjazdu jest już bliski. „No, ten to ma przynajmniej precyzyjny timing” – pomyślał niechętnie Bruno o celnie obliczonym wejściu UFO. Ruszyli…

 

Wszyscy, jak to w komunikacji miejskiej Polacy mają w zwyczaju, się widzieli i nie widzieli zarazem… Niby na siebie patrzyli, a jednak nie patrzyli… I gdy już trochę się przypatrzyli, do czego nie chcieli się wcale przyznać, zajęli się sobą. Zakochani z naiwną radością dalej grali „w łapki”, prychając przy tym śmiechem świeżym od czasu od czasu, Starszy Pan patrzył poza Bruno bez radości, bez błysku w oczach, UFO, słuchając industrialnej sieczki na modłę Prodigy, rytmicznie, aczkolwiek dyskretnie, ruszał łepetyną, Chłopak z rowerem dalej wodził beznamiętnie oczami po zebranych, a Dresiarz niezmiennie stał wpatrzony w szybę i od czasu do czasu spod czarnego, obcisłego podkoszulka, odsłaniał muskuł lewej ręki, spinając go niekiedy usilnie, czemu towarzyszyło ciche sapanie. Bruno uśmiechnął się nieco na       ten widok, był jednak zbyt zmęczony, aby obserwować tajną paradę Dresiarza, więc oczy zamknął i pogrążył się w sobie…

 

                                              * * * * *

 

Jak w kalejdoskopie życie mu zawirowało, w magmie zdarzeń, osób, miejsc, które odwiedził dnia tego, poprzedniego, albo też które miał odwiedzić w dniach najbliższych, życie przepełniło całego Bruno od stóp do głów… Pomyślał, że może uda mu się przebić przez tę magmę nieśmiałą, osobistą modlitwą, którą ostatnio zarzucił niemal, chociaż czasu do jej praktykowania miał aż nadto. Nasunął swoją baseballówkę Nike’a na głowę głębiej i z namysłem zaczął w duszy sączyć słowa modlitwy ulubionej, takiej, jaka pozwalała mu prawie zawsze przypomnieć sobie po, co, na co to wszystko, to jego bieganie tam i z powrotem, z góry na dół… Tak zatem sączył tę modlitwę powoli, aczkolwiek rytmicznie, starał się zespolić, jak tylko potrafił, całym sobą z tymi słowami, które wewnętrznie sylabizował… Z czasem coraz bardziej, nawet dla samego siebie niewidocznie, z tego wagonu metra warszawskiego począł jakby odchodzić, oddalać się od „swoich” pasażerów, sąsiadów w tunel inny, nieznany, przepełniony nie łoskotem a… – jak przeczuwał – ciszą wszelaką, gdzie już nie ma słów, myśli, ale jest ta cisza, co koi, rany wszelakie goi… Teraz dopiero zdziwił się, bo wiele godzin był wysiedział w bezgłośnej, chłodnej kaplicy, a do takiej ciszy nie było mu dane się nigdy zbliżyć. A tu…? W metrze huczało jak w Hucie Warszawa, a on do tej ciszy się udanie podkradał albo… to ona na niego napierała coraz intensywniej, ze swoim tajemniczym powiewem, wyzwalającym z upału, z ucisku potwornego, nadchodzić się zdawała jak przypływ poranny do stóp zdziwionego, strudzonego wędrówką pielgrzyma… Kto do kogo się zatem bardziej przybliżał: on do niej, czy ona do niego? Nim sobie na to pytanie zdążył odpowiedzieć, nim począł objaśniać, układać chwile właśnie przeżyte, coś go poderwało z miejsca, coś nim szarpnęło wydatnie. Skojarzył, że to „ruski” wagon nie zniósł jakiejś nierówności ze złączeń torów powstałej. Nagłe to szturchnięcie przywróciło go do życia, chociaż przeczuwał, że prawdziwe życie płynie raczej z tej ciszy właśnie… a nie stąd. Otworzył oczy i… jeszcze raz je zamknął, potem otworzył i… teraz już był pewien, że mu się nie przewidziało. I zdębiał…

 

                                                   * * * * *

 

Starszy Pan jawnie, powoli, dokładnie spożywał kanapeczkę; niecałą wysuniętą z foliowej torebki. Spożywał, a może bardziej przeżuwał nadmiernie metodycznie, przed każdym kęsem trzymając ją w ustach długo. Ślinił się przy tym niedelikatnie, odsłaniał żółte, przepalone zęby… Bruno jednak to nie zniesmaczyło, jego bardziej przeraziło co innego… Oto bowiem z płóciennego plecaczka, jaki Starszy Pan taskał ze sobą, teraz rozsuniętego do połowy, wystawał słusznej długości nóż myśliwski, którego górne ostrze wieńczyło groźne ząbkowanie… Takiego noża nie powstydziłby się sam John Rambo, znany wszystkim komandos i zabijaka, odlany na taśmie celuloidowej w słodkich, zwariowanych latach osiemdziesiątych. Tylko że Rambo John takim nożem kilka osób wypatroszył, zanim oznaczył go krwią tak jawnie, jak to nóż Starszego Pana był naznaczony… Bruno zmrożony tym widokiem makabrycznym, nie myślał dlaczego, z jakich powodów to ostrze tak „juhą” jest ozdobione… Ani nie miał na to czasu, ani ochoty… Całym sobą chciał tylko wykrzyczeć słowa ratunku, słowa wezwania, aby Pana tego przepytać, obezwładnić, na ziemi skuć kajdankami. Zmitygował się nieco, bo zdał sobie sprawę, że prawdopodobnie w panikę niepotrzebną wpada. Może Starszy Pan mamusi tylko pomagał oprawiać kurczaka. A może zagubił się w Puszczy Kampinoskiej i na obiad zgłodniały sprawił sobie zajączka, co to przez lasek przebiegał. „A może to on mamusię oprawił albo jakiegoś turystę wypatroszył w Puszczy” – argumentował Bruno. Nie mogąc dojrzeć początków makabrycznego widoku, wzrokiem zaczął szukać ratunku u pasażerów, którzy z nim w kierunku Kabat jechali. Wszyscy stali się nagle uważni, wpatrzeni. Zakochani „w łapki” już nie grali, tylko że skupieniem się przyglądali, Chłopak z rowerem jakby zbystrzał i spiął się w sobie, Dresiarz patrzył uważnie przez muskuł, który wcześniej był napinał ukradkiem… Tak, wszyscy się gapili, ale nie na „gerlacha” Starszego Pana, który wszystkim rzucał się na pewno w oczy swymi rozmiarami, jeno na mały, malusieńki różaniec, który Bruno obracał na palcu w czasie swej krótkiej, a jednak głębokiej, jak się okazało, modlitwy…

 

                                                * * * * *

 

Poręba już od dawna nie opowiadał się za natrętną, publiczną demonstracją wiary, której lubią się oddawać niektórzy chrześcijanie lub też polsko-katolicy. Sprawa to sporna, wielowątkowa, ale nie żegna się przed kościołem, czy też przed posiłkiem w miejscach publicznych, nie wyciąga w autobusach i tramwajach różańca na metr długiego, jak też nie nosi takowego w kształcie obrączki na palcu. Sądzi zresztą, że nieraz taką demonstracją (dla niektórych jednak „świadectwem”)ludzi mógłby bardziej zgorszyć nić przekonać do wiary, choć kilka razy spotkał się z zarzutami, że przez takie „niezdecydowanie” „katolizymu” się zapiera, wiernym należycie Mistrzowi z Nazaretu nie pozostaje. Odpierał je zazwyczaj, mówiąc, że każdy składa takie świadectwo, na jakie go stać. Zresztą słowo świadectwo wydawało mu się w tym momencie niestosowne, gdyż jeśli coś „demonstrował”, o czymś „świadczył”, to tylko dlatego, że mu się tak bardziej podobało, bardziej pasowało. Dlatego też swego czarnego laptopa przyozdobił w małą, zieloną, „chrześcijańską” rybkę, bo lubił jej kształt opływowy, a w chwilach, kiedy mu zależało na skupieniu, uzbrajał się właśnie w mały różaniec „dziesiątkowy”, w kształcie kręgu, z drewna spleciony, krzyżykiem zwieńczony. I nawet na palcu go nie obracał wtedy, tylko trzymał w ręku, aby poczuć tenże krzyżyk, który mu przypominał dobitniej, na oczy bardziej, co jest centrum tego całego chrześcijaństwa. Tak zatem przy takich „świadectwach” mało myślał o innych „niewiernych” a bardziej o sobie. I wcale go nie martwiło to, że nie lata po mieście i nie krzyczy  „Jezus Cię kocha”, bo gdyby on miał latać, to by ludzi do tego chrześcijaństwa jeszcze nawet zniechęcał, gdyż już wiedział, że to ciężki kawałek chleba jest, nieraz gorzki, nieraz bardzo gorzki, i każdy musi spróbować go na własne ryzyko. Już te jednak niewielkie ekspresje wiary, które, jak sądził, do kultury czasów dzisiejszych jeszcze pasują, stonowane są należycie, u niektórych współwyznawców by mu zyskały miano „chrześcijańskiego Taliba”, a prawie że na pewno zyskały mu takie miano u współpasażerów. A ci teraz już nawet nie w różaniec, tylko w samego Bruno się wpatrywali. Poręba jak najtajniej ów mały różaniec skrył w dłoni i starał się najdelikatniej spojrzeniem uciec od „intruzów”, jednak skrzyżował je nieopatrznie ze spojrzeniem UFO, który nań patrzył, nie, wiercił go niemalże wzrokiem, przeciągle, bez żadnego już wstydu, dalej szatkując łysą łepetynę muzycznym złomem.

 

                                                  * * * * *

 

Jak to oni na siebie patrzyli, co sobie tak wyznawali, będąc tak face to face? Agresję, zacietrzewienie, pogardę, wyzwanie… na ziemię ubitą? Jeśli tak, to UFO najpewniej pacnąłby Bruno łapą wielką jak dłoń Yeti, a ten przeleciałby przez cały wagon jak pocisk i wreszcie walnąłby o ścianę jak lalka szmaciana, osuwając się potem na ziemię bez oddechu. Tymczasem Bruno dalej krzyżował z UFO spojrzenie, do chwili, gdy dotarło do niego, że pora jednak już chyba wychodzić, bo atmosfera w wagonie robiła się dlań zbyt gęsta, a dojeżdżali akurat do jakiejś stacji. Poręba stanął przy drzwiach, a za nim znalazł się Dresiarz. Mimo ze Bruno to „młodzieniec” o wyobraźni bogatej, tym razem jakiś zagrożeń mu ona nie podsuwała. Raczej niczego złego ze strony Dresiarza się nie spodziewał. Mimo tego, gdy pociąg stanął, gdy wyszedł z wagonu, krok swój przyspieszył ponad miarę. Za chwilę zostawiłby go daleko w tyle, kiedy dobiegło ze strony tamtego nagłe, jakieś syczące „Jezuuuuu… a potem tylko dochodzić zaczęło sapanie, charczenie… ciężkie. Poręba jako lekarz, mimo że były, dobrze znając takie jęki, znieruchomiał cały… Bał się odwrócić, bał się najgorszego. I tak stał jak sopel lodu do czasu, kiedy motorniczy pociągu, którym jechał, go nie potrącił albo też nie poturbował prawie. Dojrzawszy w lusterku co też się dzieje z jego niedawnym pasażerem, z kabiny wyskoczył i co sił w nogach biegł, Bruno mocno przy tym szturchając. Tego to przebudziło z zaskoczenia, w jakim zastygł i teraz szybko się odwróciwszy, zobaczył to, co się spodziewał zobaczyć… Dresiarz leżał na peronie, ściskał rękoma swą ogromną „klatę” na wysokości serca, syczał coraz mocniej, wił się w drgawkach cały na plecach jak wielki żuk rzucony nagle na pancerz… Wreszcie, z kolejnymi sekundami, zaczął sinieć i cichnąć… bez pośpiechu. Pasażerowie z wagonu Bruno wyskoczyli jak rażeni prądem, wszelki żywy człowiek, co był na peronie, zbiegł się w miejsce zdarzenia i już wianuszek gapiów, krzyczących, ratunku wzywających wokół Dresiarza się zgromadził. Gdy dwóch mundurowych z prewencji, w żółtych kamizelkach to zobaczyło, wszedłszy na stację, sprintem do nich dobiegło i zebranych poczęło od leżącego, który coraz bardziej cichł i słabł, odsuwać… W tym i Bruno, który tłumaczył, krzyczał, że on lekarz, że może pomóc. Widać słów jego w ferworze głosów, przepychanek nie usłyszeli, nie zrozumieli, za to dotarło do nich oświadczenie szpakowatego, eleganckiego czterdziestolatka, któremu pozwolili do Dresiarza się przybliżyć. Zmierzył puls, teraz już nieruchomo leżącemu olbrzymowi, po czym fachowo zaczął masować mu serce… Bruno zdawał sobie sprawę, że to już tylko formalność, że tak po porostu trzeba, dla spokoju sumienia, dla dopełnienia procedur… Po chwili ochroniarze metra rozkazali zebranym wsiadać do pociągu albo też wychodzić ze stacji, którą zamykają… Poręba rozejrzał się w około, by sprawdzić gdzie też on w sumie wylądował. „Świętokrzyska” – widniało na niebieskiej tablicy. Wyganiany przez ochroniarzy, jeszcze raz obrócił się w stronę Dresiarza, który leżał już teraz spokojnie, jakby cały był otulony przez tą ciszę, którą przeczuwał w wagonie Bruno. Żegnając go wzrokiem, pomyślał, ze może wtedy właśnie zrobił dla niego, to co najważniejsze…

 

                                                       * * * * *

 

Szybkim krokiem wyszedł z podziemi, chłodne powietrze sierpniowej nocy owiało go z nienacka, a w głowie zaszumiały mu mocniej te wszystkie zdarzenia z ostatniej godziny… życia. Łoskot metra, Zakochani, UFO, Starszy Pan, Chłopak, ich oczy i Dresiarz, co leżał na peronie bez ruchu, bez tchnienia jak Byk z Corridy przeszyty śmiercią… W głowie mu szumiało, wirowało i brzmiało… echo tych słów, które wcześniej w wagonie wznosił bezgłośnie do Nieba, echo wołania: Jezu, Synu Boży zmiłuj się nad nami grzesznymi… Jezu, Synu Boży zmiłuj się nad nami grzesznymi… echo nadchodzące z chrześcijańskiego Wschodu, któremu nie dały zginąć od wieków całe zastępy świętych Starców, pustelników, Bożych „wariatów”… Zapiął szczelniej sztruksowe wdzianko, postawił  kołnierz i odwrócił się w stronę tej niebieskiej poświaty, którą teraz dojrzał. Zdziwił się, że nie usłyszał wcześniej przejmującej syreny „R”-ki zbliżającej się do stacji. Wrócił na Żoliborz pieszo przez Starówkę… Nie miał siły na filmy… nawet dokumentalne.

 

 

 

 

Tak zatem przed Bruno, na drewnianym stole, stała biała filiżanka wypełniona jasnobrązowym nektarem, zwanym kawą etiopską. Przedłużając moment spełnienia, odsuwał chwilę, kiedy to powoli, powolutku, z kontemplacją godną konesera sztuki, będzie kosztował owego miodu marzeń. Na przemian ostrożnie przysuwał i odsuwał filiżankę, gładził ją rękami, stawiał na centralnym miejscu stołu, wpatrywał się w nią uważnie, sycąc nozdrza jej zapachem a oczy obrazem, zdjętym niby z miniatury malarskiej. Aż wreszcie delikatnie, nie chcąc jakby samym zmieszaniem pozbawić ją wybornego smaku, zaczął filiżankę podnosić do ust i wreszcie… jął nektar smakować…Nagle….

                                               * * * *

Doktor Małgorzata Zierak, specjalista chorób wewnętrznych, ordynator oddziału, takoż chorób wewnętrznych, południowego szpitala miejskiego, wpadła do pierogarni w pośpiechu z komórką przy uchu. Między zajęciem miejsca a przyjęciem menu od Kelnereczki postawiła diagnozę o raku jelita grubego, potwierdziła cukrzycę, a wreszcie z hematologią wywalczyła przyjęcie pacjenta z anemią. Na zakończenie zrobiła „mały” o.p.r. na podległym rezydencie za to, że ma „bajzel” w papierach pacjentów, co ostatecznie może się skończyć nawet najazdem prokuratorskim…Między jednym a drugim pierożkiem zamówionej porcji sprawdziła jeszcze grafik dyżurów na dzisiejszy dzień, progres instalacji nowego systemu na pecetach, a także stan pacjenta jej męża, który jako kardiolog w żaden sposób nie mógł wywieść skąd u pilota cywilnego, dotąd zdrowego jak koń, tak nagłe skoki ciśnienia kończące się migotaniem przedsionków serca. Taaak dr. Zierak była zajęta, bardzoooo, zajęta, za bardzo zajęta…Zdała sobie z tego sprawę jasno, kiedy w trakcie konsumpcji trzeciego pierożka, o mało się nim nie zadławiła, w trakcji kolejnej konsultacji via telefon… Pomyślała sobie, że jeśli nie przestanie gadać przez swoją Nokię, to nie tylko, że nie poczuje, co je, ale też jeszcze umrze śmiercią nagłą, znikąd nie oczekując pomocy, bo przecież w tym miejscu nikt jej fachowo tracheotomii…by nie zrobił. „Niech się wali…” – rzuciła z nagłą desperacją w głosie, wyłączając Nokię. Zaczęła jeść, i ze zdziwieniem zauważyła, że dostała pierogi z kurczakiem i grzybami, a nie z kiełbasą i grzybami… „Rety, czy oni mi dali, to czego nie chciałam, czy tez zamówiłam to, czego nie chciałam?”

Mimo nabytego oporu do powolności wszelakiej zwolniła tempo jedzenia, rozglądając się bezwolnie po sali. Znowu się zdziwiła. Tym razem w zadumę ją wtrąciło spostrzeżenie, że ledwie trzy osoby siedziały w pierogarni, mimo tego, że była to pora obiadokolacji. Na jej godzinie pierwszej korpulentny brunet, lat około trzydzieści, z zarostem ciemnym, a przy tym zgolony na  łyso niemal, wpatrywał się z dziwacznym uśmiechem w filiżankę kawy, na jej godzinie trzeciej jakiś dwóch młodzieniaszków – wiek około końca studiów – rechotało się co chwilę…Jeden z nich ubrany w ciemnogranatowy garnitur, strzyżony na krótko blondyn, układał często cienkie usta w drwiący grymas, jego kumpel, także przystrzyżony na krótko, jednak już ciemny blondyn z okularami na szlachetnie wyglądającym nosie, przepasany był grubym pasem wojskowym, ze skóry wyciętym, co wcale nie licowało z jego oxfordzkim stylem noszenia się. „Cymbał” pomyślała o chłopaczku w okularach, „Cymbał” i „Chojrak” – podsumowała obu… Wróciła na godzinę pierwszą do „faceta nad kawą”, który dalej wpatrywał się w filiżankę, co jakiś czas to odsuwając, to przysuwając ją do siebie…dalej się wpatrując w nią potem usilnie… „Ki diabeł?” – pomyślała o obserwowanym, bo rzeczywiście ów „młodzian” niemłody już wyglądał na gościa z całkiem innej bajki niż ta, którą przyszło jej przeżywać. Zmroził ją tą medytacją bezwiedną kawy. śmietankowym uśmiechem, spokojem nad brwiami się rozciągającym…Takiej chwili szczerej, głupiej zadumy nad zwykłą filiżanką kawy nie dane jej było przeżyć już…”lat parę…”?. A przecież, w swoim jednorodzinnym domku, w podwarszawskiej Radości wzniesionym, nieraz kawę piła z ekspresu, „gapiąc się” w ścianę zieleni przed oknami jej kuchni. No, ale właśnie „gapiła się”, a nie wpatrywała, a „młodzian” w kawę się wpatrywał, ona się przy tym tylko „gapiła”, za bardzo była zmęczona, by się wpatrywać, w cokolwiek wpatrywać. „Królestwo… Królestwo za takie 5 minut spokoju…” – pomyślała, obserwując owego „młodziana”. Wypowiadając to życzenie w myśli, wiedziała, że jeszcze długo nie dane jej będzie zaznać takiego spokoju w życiu, ale też już na pewno wiedziała, w czasie wypowiadania tego życzenia, że niechby jej obiecywali złote góry, wczasy na Seszelach, służbowe Audi A8, karnety na najróżniejsze „szmery bajery”, to nie zostanie dyrektorem medycznym szpitala prywatnego, na Ursynowie właśnie wznoszonego . Nie zostanie …i już. Zauważyła przy tym, z nieskrywana radością, że ten spokój święty na twarzy kawosza psuje jednak co chwila mały, maluteńki tik kącika po lewej stronie ust i delikatne zezowanie oczami w lewo, co zdradzało jednak jakąś oznakę irytacji, tlącą się w „młodzianie”. Jednak mimo tego podniósł on filiżankę kawy jak najwolniej, jak najbardziej delikatnie do ust, po czym zaczął sączyć płyn niemal niezauważenie….Nie minęło pięć sekund, jak „młodzian” całą zawartość przełykanej, smakowanej kawy wypluł z siebie….plamiąc obficie biały obrus….Tak zatem nie tylko dr Zierak, istny human-express, zadławiła się tego dnia w tej pierogarni, w tym samym niemal czasie…

                                                 * * * *

- UUUUUAAGHH, AAAUGH, EEEEUGH , OOHHHHG, AUGHHHHH !!! – kasłał Bruno w nieskończoność zdawałoby się…. – UAGHHHH, OUGHHH, AUGHHHHH !!! -  ciągnął, sapiąc przy tym, powietrza próbując nabrać w płuca, bijąc się w piersi, jakby młotem chciał udrożnić zatkane wcześniej drogi oddechowe…

-Nic się Panu nie stało, nic się Panu nie stało!!!? – dopytywała Kelnereczkausilnie, – Halo, nic się Panu nie stało….!? – powtarzała niemal rozdygotana.

- Nie, nie…zaraz dojdę do siebie….UUAGHH, AUGHHH ….!!! Proszę się nie obawiać…UAGHHH….!!! Bardzo panią przepraszam za ten obrus…UAGHH, AUGHHH…!!! Pokryje koszty….

- Nie ma sprawy, to drobnostka, no szkoda najbardziej tej pana kawy…no…jakby chciał pan zamówić drugą to niestety musiałby Pan zapłacić….

- UAGHH, AUGHHH….!!! A wie Pani – tu Bruno przełknął powietrze – w sumie nie wyjdę stąd bez wypicia tej kawy, pani da powtórkę.

Jeszcze przez kilka minut dochodził do siebie, próbując silą woli uspokoić dudniące w piersi serce. Nic z tego, pomyślał, że dla ukojenia nerwów….zapali….a złapie dzięki temu znowu właściwy istnieniu rytm.

                                                * * * *

Bruno wiedział, czemu to od czasu do czasu sięga po papierosa, ale nie chciał się wcale do tego przed sobą przyznać. Bo też przyznawałby się, że jest tak naprawdę bardziej pozerem niż szczerym smakoszem tytoniu. Bruno nie palił, bo lubił się zaciągać smakiem słodko-gorzkim. Palił, bo lubił stawać w jednym szeregu z mężczyznami jakże dzielnymi, samotnymi, przekraczającymi śmieszny karnawał świata aktem heroicznej nonszalancji, kiedy to powoli, z gracją, ze zmrużonymi przy tym oczami, się zaciągali, patrząc w dal, wyznając przy tym wiarę we własne siły, wystarczające aby dumnie przyjąć…nawet porażkę życiową. Tak to, gdy kontemplował przy tytoniu rzeczywistość, wiedział, że staje tym samym ramię w ramię z kowbojem od reklamy Marlboro albo z takim tragicznym, aczkolwiek pociągającym, Camusem Albertem odzianym w popielaty prochowiec…I jeszcze z jednej rzeczy zdawał sobie sprawę, którą też przed sobą skrywał. Że gdy palił, to mniej wierzył albo inaczej: im więcej palił, tym mniej wierzył. Bo zgłaszając akces do tego męskiego grona aktem się zaciągnięcia, niejako wyrzekał się jednocześnie usilnej, wewnętrznej prośby do Wszechmogącego o…pomoc. Tłumił w sobie wołanie o ratunek dla siebie i świata, dumnie przy paleniu niejako podnosząc głowę…Był sam i sam sobie wystarczył…Taaak…gdy Bruno palił, znaczyło to, że znalazł się w jakiejś szczelinie świata i nie wiedział zbytnio, jakim sposobem się z niej ratować, gdy wiara w nim przy tym gasła, nie broniąc przed zwątpieniem, porażką, rezygnacją skradającymi się do jego serca. Tym razem też musiał właśnie zapalić…

Już tak ćmił drugiego papierosa, gdy miał wreszcie siłę spojrzeć uważniej w stronę, skąd ten niepokój z harmonii dnia go strącający nadchodził…odwrócił się zatem w stronę dwóch młodzieńców przez Dr Zierak zwanych „Cymbałem” i „Chojrakiem”, aby im się wreszcie dokładniej przyjrzeć…

                                                  * * * *

Wiesz jak to jest z kawiarnianym nasłuchem. Siadasz, robisz swoje, zazwyczaj konwersujesz ze swoim „partnerem”, słyszysz wokół siebie świst słów różnorakich przelatujących koło ucha. Zazwyczaj nie zwracasz na nie zbytniej uwagi, pozwalając im rozbijać się spokojnie o ścianę. I tym razem byłoby tak samo, mimo że Bruno sam sobie zapewniał kompanię, jednak gdy koło niego przeleciały słowa „Kościół”, „księża” zbystrzał nieco, bo żywo reagował zazwyczaj na te dźwięki i odtąd był mimowolnie na nasłuchu przechwyconej konwersacji. Rzucił krótko okiem w tamtą stronę, rozeznając szybko, kto takie tematy „świątobliwe” podejmuje. Rozmowę zdawał się nakręcać ów młodzieniaszek o drwiącym uśmieszku, a jego aktywnym słuchaczem był chłopak przepasany wojskowym pasem. Po kilku minutach bezwiednego podsłuchu Bruno przekonał się, że ma do czynienia z gatunkiem „polski katolik”, zdecydowanie bardziej „niepraktykujący” niż „wierzący”. Chłopcy sobie używali na „czarnych” wedle ustalonego w polskim narodzie schematu: „fura, komóra, i skóra”, i „baba na plebani”. Kilka razy dorzuciła do ich „wniosków” coś Kelnereczka, wygłaszając sądy mało pochlebne o biskupach, wywołując przy tym tłumione fale ściszonego rechotu. Bruno miał już się „wyłączyć” z owego bezwiednego podsłuchu, bowiem w sumie nic nowego w nim nie odkrył, obok tupetu tępego, który go raził nieco  A jednak to, co usłyszał potem, przeszło jego najśmielsze oczekiwania…

„Chojrak” wyznawał „Cymbałowi”, jak to życie sobie ułożył ze swoją „kobietą” w spokojnej kawalerce naMokotowie, jak to jest im tam „sielsko, anielsko”, no i że tylko jego matka ze Skierniewic, jako moher prawdziwy, jest temu przeciwna, ale ją uspokaja, bo do Komunii, gdy przyjeżdża w strony rodzinne, przystępuje, zapewniając ją zarazem, że w nocy to Marta łóżko sama grzeje, a on materac wygniata.

- Ty, ale ty się z tego spowiadasz? – zapytał z cichym niedowierzaniem „Cymbał”.

- Nie, no na Wielkanoc i Gwiazdkę idę, ale nigdy z tego…no…że….my tego…tamtego z Martą….cały czas niemal.

- Ty, ale to grzech jest !!! – jęknął jakby z podziwem „Cymbał”.

- Jaki grzech…? – przecież „batmany” sami mają dupy po kątach i jakoś się z tego nie spowiadają…

W tym to właśnie momencie Bruno chlusnął kawą na śnieżnobiały obrus, niemal doszczętnie go plamiąc, i zaczął się ratować przed uduszeniem resztkami płynu, które spłynęły w jego tchawicę…”Cymbał” i „Cynik”, gdy usłyszeli to charczenie, spojrzeli w jego stronę i nieco przycichli, zdając sobie sprawę z tego, że ich rozmowa mogła stać się za mało poufna. A Bruno, gdy zaczął dochodzić do siebie po kilku minutach, gdy zaczął palić -  jak już wspomniałem – drugiego papierosa, odwrócił się w ich stronę, popatrzył na nich uważnie, nieco demonstracyjnie nawet, dając jakby znak, że on wie, o czym oni tak rozprawiają. Gdy to zauważyli, jeszcze bardziej przycichli…

                                                    * * * *

Nie wiadomo, czy to z dymu papierosowego, czy też z gęstej od emocji atmosfery coś, jakby obłok, od Bruno się oddzieliło, coś, co potem przybrało kształt Bruno, oczywiście nieco bardziej eteryczny, zwiewny, świecąc przy tym jakoś tak dziwnie…jakby ktoś postawił przed nim hologram 3D jego samego rodem z Gwiezdnych Wojen, albo inaczej: jakby ktoś sfilmował oddzielenie się duszy Bruno od jego ciała. Ale śmierci, ani prawdziwej, ani klinicznej, on nie przeżył, bo dalej spalał papierosa widocznie. Wszystko wskazywało na to, że w pierogarni znalazło się już dwóch Brunonów, ten Pierwszy, realny, prawdziwy, cielesny i ten Drugi,eteryczny, zjawiskowy, „duchowy”…I to ten Drugi popatrzył się na Pierwszego, uśmiechnął się przeciągle, wielkiego zdziwienia na jego twarzy jednak nie wywołując, po czym się odwrócił i krokiem marszowym, żałobnym niemalże, plusk przy tym wydając nieprzyjemny, począł oddalać się w stronę „Chojraka” i „Cymbała”….

- Gdzie…? – rzucił Bruno do Drugiego z pewną nonszalancją w głosie. – Gdzie…do jasnej….?

-Idę, dam mu w gębę jako i on wali w twarz Zbawiciela – zamanifestował Drugi

- Odbiło Ci, chcesz mi tu jatkę zrobić, wracaj nie wydurniaj się…

-Człowieku, przecież to woła o pomstę do nieba, przecież on Krew Pańską przelewa nadaremno, Konkubinat…jeszcze zrozumiem, ale świętokradztwo, przecież ludzie dla ochrony czci tegoż Ciała Bożego życie składali, a ten mi tutaj…Nie, idę…nie zdzierżę tego…Idę, przywalę w pysk jako i on wali. Goreeeee!!!

Odwrócił się i powoli szykując się do ciosu, zaczął masować pięści jak przed walką bokserską.Bruno palił dalej, widział, że sytuacja robi się bardzo nieprzyjemna, a może być jeszcze gorzej.

- Ty ! – zawoła hardo Bruno. – Jak chcesz go skasować, to zrób to chociaż profesjonalnie, skasuj go na wieki, na amen, kiedy się tego nie spodziewa, kiedy nie zdąży pożałować nawet…do piekła wyślij go na zawsze! A najlepiej skasuj ich wszystkich troje za jednym razem, nagrodę wieczną za to zyskując – dokończył, pokazując na coś wystającego spod stołu zarazem.

Drugi popatrzył tam, wrócił się, rzecz wskazaną podniósł i teraz mieczem, długim i ciężkim jak ostrze katowskie, pomachał lekko i szybko jakby nunchaku się bawił niedbale….Wreszcie skończył tę samotną szermierkę, „scyzoryk” o ziemię oparł i z przekąsem wyrzekł:

- Masz rację, jak mówisz, tak zrobię…

Po czym wrócił na swój szlak krzyżowca. Zdążał powoli w kierunku „niewiernych , okrążał ich z prawej strony krok po kroku, miecz za sobą przy tym chowając. Przystanął na chwilę. Widać było, że czeka na Kelnereczkę, która zbliżała się doń z porcjami parujących pierogów, nie mogąc go zupełnie dojrzeć zza mgły gorącej, unoszącej się ospale znad talerzy. Drugi poczekał aż dojdzie do tamtych dwóch, dzięki temu mógł porady Pierwszego dopełnić, jednym ciosem zdejmując trzy głowy niewiernych, które skłębiły się przy tym samym stoliku. Drugi przeżegnał się, po czym rękojeść miecza począł ściskać mocniej, jakby chciał być pewnym chwytu odpowiedniego w czasie przeprowadzania…ciosu

Bruno miał nadzieję, że dzięki ironii zmieszanej z przesadą w jego radzie dla Drugiego, zatrzyma go, zdeprymuje, osłabi w nim dyszącą żądzę zemsty (a może bardziej sprawiedliwości )…Ale nic z tego, tak eteryczna, świecąca zjawa, radę jego wzięła sobie do łepetyny całkiem dosłownie i rzeczywiście szykowała się desperacko do twardego jak stal ciosu zagłady dla tamtych. Możliwe, że Bruno za chwilę stałbym się światkiem potrójnej, niewyjaśnionej zbrodni, gdyby nie zdecydował się działać bardziej jednoznacznie, bo tamten już miecz powoli, z nieskrywaną przyjemnością, wznosił do ostatecznego cięcia. Jeszcze chwila, a na tackę z pierogami potoczyłyby się trzy młode łby…w krwi topiąc biel obrusu…

- Słuchaj ! – zawołał hardo Bruno. – Czekaj! – dodał gasząc pospiesznie papierosa. – Wyposzczę ich, wyposzczę…przez kilka piątków…całych.

Drugi zatrzymał wzniesione nad sobą z mieczem ręce…i powoli odwrócił się doń

- O chlebie i wodzie….? – zapytał niedowierzająco.

- O chlebie i…bawarce…

- No wiesz…!!!

- Nie wygłupiaj się, chyba nie chcesz, żeby mi żaby w brzuchu zaczęły kumkać…

- No, w sumie Bruno tak długo już nie pościłeś – mówił Drugi,opuszczając powoli miecz – że może być i bawarka. Chętnie zobaczę, jak sobie z tym poradzisz, bo trzeba przyznać, że ostatnio się nieco zapuściłeś – dokończył spoglądając z przekąsem na Bruno od stóp do głów.

Wrócił niespiesznym krokiem w jego kierunku, wnikając weń za jakiś czas zupełnie, dzięki czemu w pierogarni znów po chwili był już tylko jeden Bruno. Ten pospiesznie dopił kawę etiopską, którą w międzyczasie przyniosła mu Kelnereczka, a która utraciła przez tę historię dlań cały swój nieodgadniony smak, rzucił na stół zapłatę i zaczął się zbierać do wyjścia, wciąż słysząc ściszony rechot tamtych. Po paru krokach coś poczuł pod nogą. Zerknął w dół i dojrzał na dole stetoskop lekarski. Podniósł go i zapytał obok niego siedzącą kobietę;

- Pani…?

Dr Zierak odwróciła się doń, jęknąwszy…

- Rety…! Znowu go posiałam, dziękuje Panu bardzo, bardzo dziękuje….!

Bruno przyglądał się uważnie kobiecie, po czym spytał powoli:

- Dr Zierak…?

Teraz to ona zaczęła mu się powoli przyglądać, po czym znowu jęknęła:

- No wszelki duch Pana Boga chwali! Bruno. Bruno Poręba. Niewiarygodne! Co też się z panem działo. Niech pan siada, opowiada. Został pan w medycynie… ? No nie poznałam pana, zmężniał pan tak jakoś – delikatnie oceniła jego tuszę.

- Wie Pani, długo by o tym mówić…i chyba nie mam na to teraz czasu…

- Ależ oczywiście! Oczywiście! Proszę – mówiła, podając mu wizytówkę – niech mnie pan odwiedzi kiedyś. Pogadamy, pomyślimy, zobaczymy…Ale uprawnienia do praktyki lekarskiej Pan jeszcze ma…? – spytała jakby nieco strachliwie.

- No właśnie, w zeszłym roku je straciłem – wyrzekł Bruno odważnie, choć z odczuwalnym smutkiem.

- Nie na takie problem – dodała po chwili z nadzieją w głosie – znajdowało się radę. Pan zadzwoni, przyjdzie w razie czego. Pogadamy, pomyślimy, zobaczymy…

- Dziękuję bardzo, obiecuję skorzystać z pani rady.

Już był na progu pierogarni, kiedy dopadła go Kelnereczka, żywo krzycząc:

- Proszę pana, proszę pana! Czy to nie pana? – zapytała, wskazując na oparty o ścianę miecz dwumetrowy.

- A rzeczywiście – odparł Bruno

Szybkim krokiem wrócił na tamto miejsce, wziął miecz, machnął nim razy kilka, zarzucił go sobie na ramię, po czym wyszedł, żegnając się z Kelnereczką

- O chlebie i bawarce… – wyszeptał przechodząc koło niej.

- Co proszę…?

- Nie nic, pozdrawiam….

Oddalał się od centrum handlowego powoli, z mieczem katowskim na ramieniu, krokiem jakby  mistrza Chaplina podążał na wieczór o świętym…

    To był ciepły, parny, wiosenny, dzień. Bruno pomyślał, że gdy trafia mu się wolne piątkowe popołudnie, winien je spędzić jakoś tak…refleksyjnie, bo było ono przecież popołudniem właśnie piątkowym, które próbował celebrować zawsze nieco inaczej, pamiętając, że nad tym ostatnim dniem tygodnia roboczego rozpościera się cień Krzyża… Czuł się przez to nieco elitarnie, bo wiedział, że wielu ludzi jak on podobnie myślących w stolicy jest raczej…niewielu. Bo wiadomo, że w piątkowy wieczór Warszawa (szczególnie ta młoda, wykształcona, do której przecież zaliczał się i Bruno), spuszczona z roboczego łańcucha, rusza gromadnie w trasę po pubach, klubach, mega-dyskotekach, zatracając się w transie piątkowego, całorocznego karnawału. Przeczytał  jednak, że u dominikanów na Służewiu odbywa się wieczór poświęcony Pierre Georgio Frassatiemu, którego główną bohaterką miała być siostrzenica samego świętego, a zatem stwierdził, że będzie miał okazje posłuchać niejako z pierwszej ręki o nim i zdecydować, czy będzie chciał być taki święty (niejako na przekór przekonaniu „nie bądź taki świety…" utrwalonemu w „katolickim, polskim narodzie"). A Frassati to okaz, inna sprawa czy rzadki, człowieka pobożnego, a przy tym życie pełną piersią wciągającego, no i -  mówiąc językiem dzisiejszej mody – niezwykle …"seksownego". Bruno był ciekaw, kiedy mu się ten święty spodoba, a kiedy go wkurzy, bo zazwyczaj jego relacje ze świętymi bywają niezwykle dynamiczne. Tak np. z  Jose Escrivą de Balaguer, założycielem „złowrogiego" Opus Dei, pozostaje w związku nieco skomplikowanyn, albo inaczej: wiele wskazuje na to, że łączy ich „szorstka przyjaźń". Bo Escriva nieraz Bruno doprowadza do białej gorączki swoim "nieludzkim radykalizmem", życiem bez półcieni, a jednak regularnie powraca do jego pism w sieci.

    Trasa dojazdu wydala mu się niezwykle prosta: metro na Wilsona, a potem wysiadka na Służewiu, kwadrans piechotą i jest na miejscu. Jadąc rozklekotanym składem rosyjskiej kolei, na wysokości stacji Centrum, pomyślał jednak, że mimo wszystko generalnie istnienie przechyla mu się zanadto w stronę postu, a był to przecież okres powielkanocny, tak zatem winien joie de livre smakować na całego…"Następnym razem trzeba będzie z „Sępem" (najbliższym kumplem) sobie nieco pohałasować w sali bilardowej…" – pomyślał

    Już wyszedł z metra, już miał iść prosto do dominikanów, kiedy nagle, całkiem niespodziewanie wstrząsnął nim dreszcz nałogu i wiedział, że nie da już rady przejść dalej nawet kilkuset metrów, jeśli go nie ugasi…Jak dawał mu się we znaki…? Przez wysuszone gardło i niepokój powoli, metodycznie spinający całe ciało…Typowy syndrom odstawienia alkoholowego, tylko że u Bruno ujawniał się on jedynie wtedy, kiedy nie wychylił co najmniej dwóch kaw dziennie…Bo alkoholu nie tykał on za często. I to nie dlatego że „był taki święty", że podpisał jakieś „świątobliwe", dożywotnie zobowiązanie, że juz nigdy więcej wódy, co „naród polski trawi i niszczy" nie weźmie do ust. Po prostu – w duchu wiedział, że jeśli chodzi o alkohol, to jest w głębi duszy tranwestytą, że jak kobieta (i to czasów dawnych, bo ta współczesna też już pod tę regułę całkiem nie podpada) lubi delikatne, słodkie odcienie smaków. Mordęgą dla niego zawsze były wszelkie suto zakrapiane „męskie imprezy", na których „wóda" i „browar" lały się strumieniami, i cały egzamin na męskość polegał na tym, aby w tym strumieniu się po prostu nie utopić…znaczy wyjść z niego na nogach dwóch, a nie czterech łapach…

                                                      * * *

    Obejrzał się wokół siebie, zauważając nieopodal średniej wielkości centrum handlowe. Wszedł doń w nadziei ugaszenia pragnienia i jak pies gończy, po feromonach zapachów doszedł do…pierogarni. Tak, tak, do pierogarni , też się zdziwił, że w knajpie tej, serwującej polskie jadło, znalazł w menu kawę…z dalekiej Etiopii, najdelikatniejszą i najpyszniejszą, jaką kiedykolwiek udało się mu w życiu smakować. Zasiadł za stołem, chwilę popatrzył na rustykalny, z drewna wyrobiony, wystrój pierogarni, któremu coraz pożądają spragnieni wiejskiego spokoju, zamożni inteligenci z wielkich miast, wciśnięty w blaszane centrum. Pogładził rękoma stół pokryty świeżo wykrochmalonym obrusem, po czym skinął delikatnie na Dziewczę w stroju ludowym. Dziewczę się nieco zdziwiło, że nie chce żadnych pierożków z „fantazyjnym farszem", jeno tęskni za filiżanką „zwykłej" (w jej mniemaniu) kawy. Ale uprzejmie się skłaniając, poszło realizować jego chore „fantazję". Oczekując na powrót kelnereczki, zauważył, że nieco – chyba – kciuk prawej ręki mu się zaczyna trząść. Pomyślał, że nie jest dobrze, że jeśli te drgania z nałogu jego są zrodzone, to sprawy przybrały naprawdę zły obrót…

    Zasępiwszy się nieco, pomyślał, co też by było, gdyby tak jego przystojna dusza pośmiertnie z ciała wyleciała,  przebiła się przez wszelkie możliwe stratosfery, stanęła wreszcie na wyżynach niebieskich, oczekując wpuszczenia do Królestwa Wiecznego. Jeśliby wstępu do niego bronił Piotr zwany Kefasem, z wykształcenia rybak, to nie byłoby duszy Bruno do śmiechu, oj, nie byłoby. Już widział, jak ten słusznej budowy mężczyzna, bo przecież cherlak by tych galilejskich ryb wiele nie nawyciągał, o kruczych – i to mimo wieku – włosach, patrzy się długo i uważnie na duszę Bruno. Ona, nieco zmieszana, swoimi oczami, nieco już tak pośmiertnie rozmarzonymi, też spojrzenie mu odwzajemnia. Tak zatem przyglądają się sobie w napięciu niebieskim, aż wreszcie Piotr, przejmując inicjatywę,  przybliża się, nachylając się nieco, bo sylwetą nad duszą Bruno znacznie górował, i w milczeniu, długo, natarczywie, wręcz irytująco, już bezwstydnie się duszy Bruno dalej przygląda … Wreszcie po tej znaczącej pauzie, która duszę Bruno już całkiem zdekompensowała rzecze do niej:

    - Brunoooo…

    - Coooo…? – odrzekła  z cichą trwogą dusza.

    Piotr się jeszcze bardziej przybliżył, po czym powoli i po cichu wyrzekł…

    - Kaaawaaa…

    Po tych słowach jakaś zapadnia niebieska błyskawicznie pod Bruno się otwiera i już bez żadnej kontroli dusza Bruno z hukiem leci w dół. Nie wiadomo, ile to milisekund niebieskich i czy w ogóle niebieskich, bo przecież dysputy uczone wiodą teolodzy, czy tam w ogóle zegar cokolwiek wskazuje, tak leciała, aż nagle czuje, że się męczy, dusi niemiłosiernie w tęsknotę przy tym straszną popadając. Dusza Bruno na początku panikuje pod wpływem tak nagłej zmiany stanu, aż wreszcie, dochodzi do niej, co też się stało…

    - Cholera!!! W Czyścu jestem… – wyszeptała w nagłej desperacji …

    Taaak, po tej wizji Bruno, zdał sobie sprawę, że folgując bez opamiętania swemu nałogowi, przyjdzie mu zapłacić za to…kiedyś….i to mimo wszelkich jego świątobliwych uczynków, o których zapewne ten Brodacz z Galilei jest szczegółowo informowany. Wszelkie jednak lęki eschatologiczne stopniały w nim jak wiosenny śnieg, kiedy zobaczył Dziewczępowracającą doń z fliliżanką kawy drogiej, niesionej przez nią na tacy dostojnie jak królewskie jabłko na koronacje, a w duszy Bruno grało skocznie: Kawa! Kawa! Kawa! A kąciki ust rozszerzyły mu się w cichym, ledwie widocznym, śmietankowym uśmiechu… C.D.N.

    P.S. Powyższy obrazek prozatorski jest jakoś tylko z życia wzięty;

Działo się to w wyborczy poranek niedzielny Roku Pańskiego 2007. Jako że nie zasłonił żaluzji, już pierwsze promienie słońca igrały mu skocznie na nosie, skutkiem czego wybudził się z coraz bardziej płytkiego snu. Wstał… i wsłuchał się w tę ciszę – mroźną wydawało się – za oknem, wsłuchał się w nią uważnie, bo dawno takiej ciszy nie zaznał w swoim mieszkaniu. Żywot człowieka poczciwego nad główną arterią Żoliborza, nieopodal placu Wilsona, niesie ze sobą pewne profity: do metra ma się jedynie pięć minut, do innych połączeń na wszelkie strony Warszawy takoż, ale łączy się z tym żywotem bezustanny jazgot, warkot aut wszelakich, przez całą dobę prawie. A tu nawet jak na niedzielę –  cisza niespotykana, cisza jak makiem zasiał. Nie wiedział czemu to przypisać… Ze strachem pomyślał przez chwilę, co też będzie się działo pod jego oknem, gdy Waltz-Gronkiewicz most Krasińskiego nieopodal wybuduje. Nie dane mu będzie zapewne wtedy zaznać, nawet w święty czas niedzielny,  tak pysznego, tak głębokiego, tak powszechnie okalającego pokoju. Uświadomił sobie też, że teraz właśnie ma szansę, jak rzadko, jak nigdy, wyjść i poszukać miejsca, kiedy ta cisza przemieni się w Ciszę  (przez duże „C” właśnie). A zatem po krótkiej toalecie, śniadaniu delikatnym, zaczął się zbierać do wyjścia. Dziwne, ale dopiero teraz, narzucając na siebie kremowy prochowiec (podpięty milusińskim polarem), poczuł tak intensywnie jego nęcący zapach nowości, miło drażniący nozdrza. „Hm… niby nic wielkiego, a  jednak cieszy” – pomyślał, zerkając jeszcze raz na ten swój kremowy prochowiec.            

Intuicja go nie zawiodła, mroźny powiew powietrza ogarnął go zaraz po wyjściu z klatki, rozbudzając do końca. Na dodatek to bursztynowe, zimne słońce wszystko co najlepsze, a tak głęboko zagrzebane w sercu, zdawało się powoli wydobywać z człowieka…. Taaaak …niezaprzeczalnie, w tym mroźnym, jaśniejącym powietrzu wyczuł… nadzieję. A wrażenie to pogłębiał czas spaceru, swoisty czas przełomu, który dlań datuje się w przybliżeniu od sobotniego wieczoru do niedzielnego popołudnia; czas, kiedy z miejskiego pielgrzyma spływa fala tygodnia przeszłego, a fala tygodnia przyszłego jeszcze na dobre nie nadchodzi…nie objawia treści zdarzeń mających się ziścić. W tym to czasie odzyskuje się delikatną, choć może naiwną wiarę, że nawet najgorsze wypadki tygodnia ostatniego, znajdą w tygodniu następnym swoje szczęśliwe zakończenie, że to co nowe, co nadejdzie będzie lepsze, głębsze, pełniejsze, radośniejsze…      

Radosnych myśli nie zmącił mu nawet widok przezeń mijanej tablicy, ku czci powstańców warszawskich, którzy nieszczęśliwy falstart przed godziną „W” popełnili, ścierając się w śmiertelnej potyczce, bodajże z patrolem niemieckiej żandarmerii. A przecież wiele razy, gdy ją mijał, odczuwał boleśnie wyniesioną z biblioteki sentencję, że jesteście „bytem-ku-śmierci” , bytem „śmiesznym”, „żałosnym”, nieszczęśliwie „wrzuconym w życie”…. Teraz jednak widok owej tablicy nie napawał go jakimś zwierzęcym, metafizycznym lękiem, a raczej budził nieśmiałą ufność, że wszytko ostatecznie mas sens. Śmierć powstańców także… Choć trzeba przyznać, że ten gasnący Księżyc i to Słońce szykujące się do przejęcia władania nad niebem, przypomniały mu z kolei, zarzuconą w gonitwie tygodnia prawdę, że istotnie –  jesteście „zmarszczką na morzu”, nanopyłkiem istnienia, przyczepionym niezdarnie do tej drobiny kosmosu zwanej Ziemią, wirującej w chocholim, galaktycznym tańcu…lecz i tym razem – ufność niosła wyciszenie…                                      

                                               * * *           

    Zostawił za sobą zabudowania Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej z rodzonej z utopijnego marzenia, aby stworzyć społeczność harmonijną, podzieloną na kolonie, owe jedyne w swoim rodzaju miejskie plemiona, współistniejące ze sobą w zgodzie i pokoju, i wszedł w obszar Żoliborza zwanego Willowym. Inaczej mówiąc –  dzielnicowe „czworaki” porzucił na rzecz dzielnicowych „pałaców” (choć wielu opiewających inteligencki etos jego dzielnicy ów społeczny podział pomija). Co dziwi, zważywszy, że za jeden pokój takiej pierwszej lepszej willi mógłby kupić całe mieszkanie w „czworakach”. Ten ekonomiczny rachunek stał się jeszcze bardziej klarowny, kiedy znalazł się w kręgu Placu Słonecznego (klasyki Żoliborskiej architektury). Jednak, przechodząc obok jakiegoś „małego domku”, za jakieś 6 milionów,  liftingowanego na postmodernistyczną modłę, i lśniącej, terenowej „beemki”, za jakieś 400 tysięcy, z ulgą pomyślał, że gdyby był nawet „szczęśliwym” posiadaczem takich majętności, to by żył i tak cały czas z drzazgą w sumieniu, znaczy się niekomfortowo wcale, że jest mu tak dobrze, tak ciepło, tak przytulnie, podczas gdy inni nie mają, co do garnka włożyć. Spłoszony nagle gniewnym warkotem nadgorliwego mastiffa, co to do ogrodzenia się przyssał, masywną szczękę odsłaniając przy tym, pomyślał nieco złośliwe, że tyle ci mieszkańcy Żoliborskiej Arkadii wkładają kosztowności w oazę spokoju, że muszą potem zaciąg robić z psich wojowników, którzy bym im pilnowali tych „pałaców”. Skutkiem tego willowa kraina przypominać raczy w nocy bardziej domostwa z opowieści o psie Baskervillów, niż ową wymarzoną, sielską, anielską, miejską wioseczkę. Już na prawdę nie wiedział co lepsze w nocy – niski, jednostajny w miarę hałas automobili ściągniętych z wysypisk Europy, czy też dreszczem przeszywająca kakofonia przydomowego ZOO. 

                                               * * *          

Kiedy wreszcie wszedł na drogę parkowego przesmyku wijącego się między willami, a wałami wiekowej Warszawskiej Cytadeli, przekonał się już ostatecznie, że Żoliborz jest dlań „ani zielony, ani pieprzony”, a jedynie…bursztynowy. Przypominam wszystkim, że akcja tych cichych zdarzeń, o których tutaj wspominam, działa się jesienią, w wyborczy poranek niedzielny, tak zatem opadłe na aleje przesmyku pożółkle listowie, w którym zdawał się brodzić niemal po pas, powoli, szum wydając przy tym przyjemny, było zatopione w miodzie gęstniejącego coraz bardziej jesiennego światła…listowie jeszcze bardziej jaśniejące przez to na tle czerwonokrwistych murów Cytadeli…

Tak wiem, wiem, nieco się ośmieszam, tak targając czule za włosy Muzę poezji. Wybaczcie, proszę, ale ludzie przeżywają czasem chwile, obrazy, kiedy nie mogą nie wpaść w zachwyt…szczery, a ja nie mogę go pominąć, tym bardziej, że przy okazji chce dać też i odpór, i dowód wszelakim prorokom bezsensu, że Piękno jednak istnieje i zbawia… Jednak tym, co zniesmaczeni są mym estetycznym, stylistycznym patosem, wielbicielom brutalizmu, groteski, wiecznej zgrywy, szepnę tylko, ze powyżej opisałem  nie inaczej ja tylko „stereofoniczny orgazm metafizyczny” Bruno w trakcie deptania liści.

                                            * * *

Przez całą drogę warszawską Starówką, wytyczoną między harmonijnymi, symetrycznymi fasadami „wiekowych” kamienic (piszę w cudzysłowie, jako że wszyscy wiemy, kiedy je znowu na nowo wzniesiono) te wszechogarniające ukojenie, uspokojenie, jeszcze jakby się weń pogłębiło, jakby wzmocniło kształtem mijanej architektury. Ale do czasu, bo oto warz z wejściem na Nowy Świat, dobrze znajome narkotyczne pragnienie zaczęło go męczyć, za napojem orzechowym, doprawionym  odrobinką parzącego alkoholu.  „Takie średnio mocne cappuccino nieco by mnie uratowało – pomyślał z tęsknotą”. O dziwo, po przejściu kilkuset metrów zobaczył, że jakieś młode dziewczę, mimo że to tak wczesny ranek, już gotuje do otwarcia przybytek, gdzie mógłbym ugasić to uszlachetnione przez kulturę pragnienie. 

- Czy… mimo że Pani jeszcze nie otwiera udałoby mi się zamówić cappuccino na pojedynczym espresso, najlepiej z dodatkiem kropelki jakiegoś alkoholu – wyrzucił z siebie, robiąc niemal minę rasowego spaniela…

– Hm… zobaczę co da się zrobić – wyszeptało dziewczę z uśmiechem…

– Mimo że chłodno, chętnie napije się na zewnątrz – zadeklarował prosząco, ufając, że tym samy łatwiej ją przekonam do złamania handlowych reguł.

Popatrzyła nań zza lady, znowu z uśmiechem.

       Niemo podziwiał urodę owej kelnerki spotkanej o poranku, podającej mu to gorące cappuccino z odrobiną alkoholowego „pieprzu”.  Podziwiał jej czerwone, malinowe usta, perlisty uśmiech, zgrabny owal twarzy, obramowany krótkimi, postrzępionymi, hebanowymi włosami; owal znaczony dwoma czarnymi węglami (znaczy się rzadkiej urody oczami); a i wreszcie podziwiał jej smukłą, lecz całkiem pełną kibić, opiętą jasnopopielatym, elastycznym golfem. A najbardziej zwróciły mu uwagę jej smukłe dłonie, zwieńczone schludnie przystrzyżonymi paznokietkami, błyszczącymi drogim – jak ufał – bezbarwnym lakierem . Czy myślicie, że to Piękno, które mu tak zgrabnie usługiwało, a które opisuję tutaj ponownie z nieskrywanym patosem, porównywał od pierwszego wejrzenia w myślach swych do czarującej, biblijnej Betszebe, do jakiś mitycznej, ponętnej Afrodyty. Nic z tych rzeczy: „Ależ Ciacho!” – pomyślał, gdy ją pierwszy raz ujrzał. „Rety, ależ Ciacho!” – powtórzył dobitnie, szczerze zdesperowany swoim nagłym zauroczeniem, dając tym samym dowód temu, że i mu kultura a la Doda na wskroś przeżarła umysł i duszę. A to wszystko powyżej, ten cały poetycki obrazek, w którym więził nieznajomą, to jedynie efekt jego kulturalnego superego, strażnika moralności i smaku. Taaak, gdzieś wgłębi nadal był dzikusem, tym razem popkulturowym dzikusem. Ale nie miał wątpliwości, że musi się przed nim bronić, dać mu pałką po łapach, po łbie, zdusić w sobie, dlatego oglądanie napotkanej kelnereczki starał się jak najbardziej dalej sublimować, czemu dowód dałem właśnei powyżej…  

– Dziękuje bardzo – powiedział, wysłuchawszy rytmicznego stukotu ustawianej zastawy do picia kawy, stukotu godnego mini-recitalu muzyki współczesnej.  –  Dziękuję bardzo powtórzył dobitnie, jakby chciał uprzejmością już do końca zdławić to nagłe olśnienie, uniesienie, które się weń tliło niespokojnie względem nieznajomej.      

Ale zaraz, zaraz… mimo że podziękował, kątem oka widzi że „Ciacho” nie odchodzi, że dalej się weń wpatruje usilnie. Odwraca głowę w jej stronę i jest porażony tym, że się tak doń uśmiecha wytrwale, a miło zarazem. No tak, widać, że jego magnetyzm na kobiety jednak działała, zniewala je jakoś tajemniczo, mimo że żaden z niego Brad Pitt ani Clooney George. I widzi, że ten jej uśmiech tajemniczy, śmietankowy z twarzy jej jednak nie schodzi, tak zatem ma szansę – podbić jej serce, zniewolić ją tym zauroczeniem. I już zaczął sobie układać ich wspólne, to jest jego i jej życie. Już widział kameralny ślub w klasycystyczne bieli kościoła sakramentek, skromne wesele, a zaraz potem długą, egzotyczną podróż poślubną. Już projektował sobie ten ich mały domek (osobiście wolał te nowoczesne) gdzieś po północnej stronie Warszawy, no i… wreszcie widział tę piątkę małych szczeniąt baraszkujących po ich równo skoszonym trawniku, radośnie wołających doń, siedzącego pod lipą z fajką w ustach, „tato, tato, tato…”  

- Metka Panu dynda na plecach – wyrzekła łagodnie jego przyszła „żona”

„Jakże rzadki sposób flirtowania” – myślał – no, proszę, niedość, że piękna, to i niebanalna”

- Metka się Panu dynda na plecach – powtórzyła z rozbawieniem, 

- Co proszę?

-Tu, z tyłu – pokazała palcem  No wreszcie zrozumiał, niestety. A zatem nie chodziło o sekretny kod miłości, współczesnych, młodych niewiast, chodziło jedynie o ten mały kartonik poświadczający nowość jego prochowca podpiętego milusińskim polarem.

- Może mi go Pani oderwać? – zapytał już bez żadnej nadziei w głosie.

- Dziękuję serdecznie – dodał…chyba z żalem                                   

                                                   ***         

Tak zatem czar prysł. Na dodatek to migawkowe, a niespełnione zauroczenie, które przeżył, wzbudziło weń pierwsze, rzeczywiście nieprzyjemne, a nawet bolesne myśli tego ranka…zwłaszcza, że przypomniało mu spotkanie z dawno niewidzianym kumplem, z którym spędził w jednej ławce szczenięce, „durne i chmurne”, lata licealne… Natknął się nań niedawno w Łazienkach. On sam, a tamten? Z żoną przy boku i czwórką dzieci na rękach. „Coś spaprałem, coś zmarnowałem” – myślał gorzko, wspominając ów familiarny obrazek.  „Coś, czego nie da się nadrobić już do końca , poprawić ostatecznie”. Zaraz też zaczął się pocieszać niezręcznie, że jego jedyna przewaga nad „singlami” (mu podobnymi) polega chyba na tym, że do takiej nieodwołalnej, nie dającej się zapełnić straty przyznać się potrafi, nie udaje, że „wszystko jeszcze przede nim” … kiedy tak wiele już za nim… „No ale właśnie… na ile spaprałem, na ile się spaprało…jakoś…tak …? Tego dowiem się już na końcu, na Ostatecznym końcu…” – odpowiedział sobie z ulgą. 

Nie da się ukryć – na moment wszedł w refleksyjne otępienie… do czasu, gdy wpadł na pomysł, aby rozweselić nieco atmosferę, sięgając po papierosa, no bo jeśli ma się kawę, to brakuje jeszcze właśnie papierosa, a będzie może tak „śmiesznie” jak u Jarmuscha… w Kawie i papierosach. Po krótkim się „obmacywaniu” wyjął ostatniego „ocaleńca” z paczki, zaciągając się po chwili powoli. Jednak po niejakim czasie już wiedział, że się pomylił. Im dłużej palił bowiem, tym bardziej odchodził w jakąś nieznaną nostalgię, wzmacnianą prze dalekie horyzonty, zamykające z obu stron Nowy Świat. Po kilku minutach kontemplacji tej prawie bezwiewnej, obustronnej dali usłyszał w sercu – jakby oddech po oddechu, nuta po nucie, kropla po kropli,  – szmery dźwięków, szmery nastroju, jakie spotykał w opowieściach Camusa czy też Remarque’a. A z nimi przyszło natchnienie, aby te lata, okazje i wreszcie miłości stracone przemienić w jakąś melancholię egzystencji, którą dumnie, samotnie poniósłby przez resztę dni, powtarzając sobie (i tylko sobie) „moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina…”, dowodząc (znowuż tylko sobie) jak tragicznie, aczkolwiek heroicznie, potrafi żyć, nie oczekując znikąd i od nikogo ratunku… „Nic z tego” –  pomyślał, gasząc z wolna papierosa. „Nic z tego…”  Chwilę tak potrwał w totalnym nieporuszeniu, w bezmyślunku …nieco kuląc się w sobie.  „Totus… –  wyszeptał wreszcie ledwie słyszalnym głosem – Totus Tuus… razem ze spapranymi szansami…wszelkimi …. prowadź, dokądkolwiek zechcesz…”    

Uregulował rachunek Pięknej, która (o dziwo) tak bardzo już go nie rozpraszała i po przejściu kilkusetmetrów skręcił w Chmielną, lecz po jakiś 10 krokach cofnął się i ostrożnie wyjrzał zza winkla, oglądając się powoli to w jedną, to w druga stroną, uważnie obserwując, czy aby te dwa demony, które wtrącają go niekiedy w okrutny potrzask (co dech zapiera, nadzieję wszelką gasi), a który jest znany tylko Mistrzowi, nie uganiają się bezszelestnie za nim, nie dybią, nie polują, bo potrafią niekiedy spaść nań w najbardziej nieoczekiwanej chwili, w najbardziej nieoczekiwanym miejscu… Było pusto.

Nie, nie odbija ani jemu, ani mi, obaj nie „świrujemy”, poniekąd poprzez metaforę obrazuje stany wewnętrzne Bruno, ale też poniekąd w ten sposób przekonuję, że wszystkiego, co się w Was wydarza, czystymi emocjami nie da się objaśnić, że nie tylko ludzie za nie pociągają, ale ktoś jeszcze, ktoś, kto bardzo chce wtrącić człowieka w oddalenie od Niego. Czyż niekiedy po Świętej Komunii nie dziwicie się, że niektóre emocje (zarówno „dobre”, jak i złe), schodzą z Was jak zeschnięta skóra z węża; zbyt często, aby nie podejrzewać, że tutaj, a nie w niebiosach odległych, toczycie już o swoje „ja” niewidzialną, nieustanną walkę, i że są rzeczy, o których nie tylko nie śniło się filozofom, ale i psychologom…no a ostatnio okazuje się, że też i niektórym teologom…       

Powróciwszy na szlag spaceru, przeszedł Chmielną w szpalerze białych „dziewcząt’ i „chłopców” na wystawach, w szpalerze harmonijnych, szczupłych ciał, wyciosanych pospiesznie z plastiku wedle proporcji z wybiegów Mediolanu, Paryża, Londynu, aż wreszcie skręcił w prawo i wyszedł na Plac Powstańców, który odsłonił przed nim po stronie lewej – ciemną bryłę hotelu zwanego kiedyś Warszawa, a po stronie prawej – monumentalny pomnik gierkowskiego modernizmu, NBP. Widok tych masywnych sylwet oddzielonych od siebie blokiem przestrzeni, tkwiących tak spokojnie, tak samotnie przejął go niejakim dreszczem. Taki bowiem poranny spacer niedzielny po pustym Śródmieściu przypomina nieco dreptanie na paluszkach wokół groźnego, apokaliptycznego, śpiącego olbrzyma, któremu sen odjął na moment świadomość, a który już w poniedziałek obudzi się z łoskotem, zagrzmi rykiem aut, autobusów, zadrży siłą milionów kroków, tysięcy słów pospiesznych przechodniów…Olbrzym to bezlitosny, zniewoli każdego, kto wejdzie w obszar jego królestwa dnia powszedniego. Na wszelki wypadek Bruno skrył się przed  nim w zacienionym, nieco nadto chłodnym, wąwozie ulicy Mazowieckiej. Nie przypuszczał, że ów wąski przesmyk stanie się dlań miejscem tak jasnego przeżycia, a raczej odkrycia. Gdzieś bowiem na wysokości sklepu dla plastyków dotarło doń, jak nigdy dotąd, że to chrześcijaństwo, do którego sposobi się od małego, już od jakiegoś czasu przestało być dla niego tylko nakazem, morałem, a nawet skrupułem, czy też ideą lub ideologią,  a stało się wreszcie, przede wszystkim…Osobą.          

Szczerze wzruszyła go ta napawająca otuchą samoocena, zakurzona, zagłuszona gdzieś w gwarze codziennego dnia. I tak dreptał sobie spokojnie, będąc nią oszołomiony, do momentu, kiedy otworzyła się przede nim przestrzeń Placu Piłsudskiego. Jego rozległość uświadomiła mu, że być może nie ominął jednak pewnej pułapki w trakcie szukania Mistrza. Bo czasem rzeczywiście, łapie się na tym, że jest On dlań przede wszystkim mężczyzną mężczyzn, romantycznym bohaterem bohaterów, a nie Synem Bożym, Sędzią Sędziów, Pantokratorem, którego powtórne przyjście zakończy chocholi, galaktyczny taniec planet. Mimo tego radość z tego, że jestem o wiele bliżej Niego teraz, niż kiedyś, i to po tak długim czasie szukania Go,  do tego stopnia nim zawładnęła, że ów Plac przemierzył z szybkością niejednego sprintera; nie zważając przy tym na opór swego korpulentnego ciała.                                                             

Wrócił do domu cały przemoczony tą Ciszą i Radością, które stały się tego dnia jego udziałem, mimo wszelakich cieni wspominanych w tej opowieści. W sumie, będąc zmęczony intensywnością wszelkich wrażeń, mimo że miały w sobie tak mało akcji, opadł na łóżko, zapadając niemal w zimowy sen…        

                                             * * *

Wstał po dwóch, trzech godzinach i jeszcze z zamkniętymi oczami przemknął na bosaka do kuchni, żeby się czegoś napić. Hm… zazwyczaj szorstka posadzka wydała mu się niezwykle śliska i miła … tylko …tylko jednak zanadto śliska. Patrzy pod nogi i powoli otwiera te w swoje zaspane „oczęta” i …:

- Fuck! Fuck! Fuck! – zajęczał z desperacją…

Cała kuchnia w wodzie, która wybiła z zaworu od pralki…

  -  Fuck! Fuck! Fuck!

Godzina na kolanach całkiem dała się we znak jego wszelkim stawom

- Panie, za co taka pokuta w niedzielę !?– pytał z irytacją, zdyszany i spocony.     

I gdy po robocie leżał na startej, wilgotnej posadzce, dotarło doń, że chyba po to, aby nie było za przyjemnie; abym zrozumiał, że to chrześcijaństwo, o którym marzy, które chce praktykować, to przede wszystkim „krew i pot i łzy”, a dopiero potem jesienne, prywatne epifanie…Tak zatem leżąc, szybko oddychając, wspominał zarazem, rozpamiętywał dawną rozmowę ze świątobliwym misjonarzem. Pamiętał, że ten, w sposób jak najbardziej zwyczajny, szary niemalże, świadczył przed Burno o swoim niespodziewanym dotknięciu przez Boga, które odczuł całym jestestwem. Mówił, że potem przestał się już bać, że był gotów na… śmierć, na cierpienie, które przecież kiedyś w końcu nadejdą, ale nigdy, ale to nigdy nie zabiorą mu tej wiary w bezgraniczną dobroć Stwórcy, w Jego Opiekę. Nie wiedział, czy po dzisiejszym spacerze, wyznałby to samo. Bo przecież znalazł się po nim gdzieś dalej, gdzieś indziej, tak… wiedział to …już… na pewno, a jednak czuł… rosnącą, kosmatą, gulę w gardle na myśl o jutrzejszej wizycie w szpitalu…